Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

NAVIGARE

necesse est

ŻEGLOWANIE
JEST

KONIECZNOŚCIĄ

2
Styczeń
2018

Takie nagrody nie otrzymuje się często. Dwa lata temu nawet nie mógłby o tym marzyć. Ale jednak czasami niemożliwe staje się rzeczywistością i konsekwencja, praca, planowanie i realizacja zostają docenione. Jest to dla mnie powodem wielkiej radości, dumy i motorem do coraz cięższej pracy w realizacji żeglarskich pasji. Znalezienie się w gronie tylu sław żeglarskiego świata jest nobilitacją, ale i wezwaniem do kolejnych działań.

Być może dla wielu łączenie słów pasja z pracą, planowaniem jest złym połączeniem, jednak nie dla mnie. W maju 2016 r. w gronie 3 osób z Fundacji 4 Kontynenty rozpoczęliśmy wielki projekt Arktyka 2017. Zorganizowanie wieloetapowej wyprawy na dwóch jachtach z Polski na północne krańce świata wymagało od nas włożenia bardzo duzego wysiłku, czasu i pracy. Mariusz Noworól, Marek Kapołka i ja - wzięliśmy na siebie ciężar organizacji całości. Dla mnie, poza przygotowaniem od strony logostycznej, organizacyjnej i informacyjnej wyprawy, przypadło prowadzenie kilku rejsów, w tym najważniejszej  - 17 dniowej wyprawy po Arktycznej Krainie.

Z góry założyłem, że celem będzie okrążenie Spitsbergenu. Dobrałem świetną załogę, przygotowałem najlepiej wszystko co mogłem i na początku lipca 2017 r, wylądowałem w Longyearbyen, aby zmierzyć się w jednej z trudniejszych prób. Założony cel wyznaczał sposób realizacji:

 

https://zagle.se.pl/wydarzenia/nagrody-rejs-roku-za-2017-rok-znamy-laureatow-aa-NWJ6-J3XC-HJDd.html

 

Facebook
Tweet
Google
2
Październik
2017

Środowy poranek nie zapowiadał tak intensywnego przedłużonego weekendu. Jeden telefon wszystko jednak wywrócił. Problem na pokładzie wracającego z Arktyki jachtu wyprawy 4K spowodował, że podjąłem szybko decyzję - pojadę do Danii i przeprowadzę jacht przez trudny nawigacyjnie akwen w stronę Polski. Sprawa o tyle była utrudniona, że meteo ze względu na huragan Maria nie przynosiło nic ciekawego, czas naglił, a cały mój żeglarski sprzęt, w tym 3 sztormiaki, był na pokładzie Azimuta w Lizbonie. Cóż, trzeba być twardym jak stonka, a nie miękkim jak kaczuszka ;-) Problem sam się nie rozwiążę.

Po całonocnej samochodowej jeździe wylądowałem rankiem w miasteczku Grenna. Tam oczekiwało Bystrze z zaprzyjaźnioną na poprzednich rejsach 2 osobową załogą oraz bardzo paskudna pogoda. Po godzinie cumy zostały oddane i rozpoczął się wyścig z czasem i warunkami. Zaczęło się mocno. Wyjście z główek portu pod silny wiatr oraz przewalającą się przez falochrony falę zgromadziło gapiów. Wszystko poszło jednak sprawnie, na pełnych obrotach silnika rozpędzony jacht rzucany góra - dół przebił się na otwarte morze i ruszyliśmy na żaglach na południe. Trasa wymuszała jak najbardziej ostry kurs pod wiatr i falę i pomimo tego, że jacht nadal tańczył we wszystkie strony, a pokład raz po raz zalewany był wodą - szło nam nieźle. Do momentu kiedy zrobiło się ciasno, brakło miejsca na halsówkę, a kolejny odcinek wynosił 3 mile. Niby mało, ale jeśli przez wyostrzenie prędkość spadała do 1 węzła - robił się problem. Ze względu na brak jakichkolwiek alternatyw musieliśmy zacisnąć zęby i przy zachodzącym słońcu przebić się do routy i szerszych wód.

Zaczynaliśmy wchodzić w cieśninę Wielki Bełt licząc na ochronę przynajmniej przed falą. Jednak stan morza nie uspokajał się wcale. Tak więc umordowani, gdzieś o 3 w nocy przycumowaliśmy w porcie Kalundborg. Meteo, w tym sprawdzane w lokalnym SAR nakazywało dobowy postój i przeczekanie nadchodzącej kipieli. Dostaliśmy więc czas na odpoczynek, wysuszenie mokrych rzeczy oraz zwiedzanie miasteczka, które jak każde duńskie miasto posiadło swój urok pięknych ceglanych kamienic, zadbanych ulic i lokalnych zabytków.

Na bieżąco sprawdzałem meteo i wychodziło z niego, że w niedzielę rano, gdzieś koło godziny 8 wiatr osłabnie i odwróci się na korzystny. Do poniedziałku, kiedy kilkunastogodzinna cisza zmieni się ponownie w południowy sztorm. Dlatego o 6 rano wystartowaliśmy i rozpoczęliśmy wyścig z czasem i dystansem, aby dopłynąć jak najdalej. I rzeczywiści - prognoza okazała się bardzo precyzyjna. Wiatr obrócił się w jednej chwilii, a my na pełnych żaglach z prędkością ok. 7 węzłów ganliśmy wodami Wielkiego Bełtu na południe, mijając wokół piękne miejsca oraz mosty.

Zachód słońca zastał nas na błyskawicznym postoju w Stubbekobing, gdzie musieliśmy dotankować paliwo. Zostało nam do pokonania 70 mil, już po otwartym w stronę Rugii, z narastającym z każdą godziną wiatrem. IMGW prognozowało wiatry 6-8 B z kierunków południowych. Zaczęła się nocna jazda, chciałem jak najszybciej dostać się w ochronę brzegu. I tym razem wszystko udało się znakomicie, z prędkością 7 węzłów z każdą godziną zbliżaliśmy się do przeciwległego brzegu, który osiągnęliśmy około 3 w nocy. Pozostał przed nami najtrudniejszy nawigacyjnie akwen, bardzo ciasne, 20 milowe podejście kanałami do Stralsundu.

Trasa ta ma swoją sławę. Jest bardzo wąskim, pokręconym kanałem pomiędzy mieliznami o głębokościach nawet 0.5 m. Weszliśmy jednak, przy dość silnym wietrze oraz w totalnych ciemnościach. Ploter, komendy na ster, ciągła kontrola głębokości, poszukiwanie latarką nieoświetlonych pław, poprawki, kolejne punkty, dalej i dalej. Zaczęło się nam to coraz bardziej podobać i po kolejnych zakrętach obawa malała. Jako ekipa dobrze sobie radziliśmy i uzupełnialiśmy się nawzajem.  Gdzieś koło godziny 5 wpłynęliśmy do mariny w samym centrum Stralsundu. 24 godziny niezłej jazdy, w trakcie której zrobiliśmy niemal 140 mil.

Nagroda? Pomost, wstające słońce, które doświetliło zabytkową cześć miasta , no i 2 godzinny odpoczynek. I poczucie dobrze wykonanej pracy. Tuż przed południem, wsród ulewnego deszczu opuściłem gościnny pokład Bystrze i korzystając z uprzejmości znajomych samochodem ruszyłem do Polski.

Facebook
Tweet
Google
14
Wrzesień
2017

W sobotę 9 września w malowniczym Alghero na Sardynii na Azimut pojawiła się ekipa III etapu. 11 osób, a więc komplet. Słoneczna zazwyczaj wyspa zasnuta była ciężkimi chmurami i zgodnie z wcześniejszymi prognozami mocny mistral wypełnił ten obszar Morza Śródziemnego sztormami. Na zewnątrz wszędzie kipiel z 6 metrowymi falami, nawet w porcie istniała obawa, że nasz ciężki jacht pourywa muringi. Załoga chcąc zobaczyć jak wyglada rzeczywiście stan morza wybrała się na wycieczkę na pobliski cypel i zrozumiała ostatecznie dlaczego przesunąłem planowaną datę wyjścia z portu o dobę. Był więc czas na samochodowe zwiedzanie wyspy oraz dla mnie na przygotowanie jachtu na ciężką podróż oraz poznawanie kolejnych tajników Azimuta. 

Napięty harmonogram całej wyprawy sprawił, że w wtorek popołudniu wyszliśmy mając przed sobą 190 mil do pierwszej z wysp Balearów - Menorki.

Pierwsze 24 h były rzeczywiście bardzo ciężkie, morze tylko trochę zdażyło się uspokoić zalewając raz po raz pokład 4 metrowymi, idącymi prostopadle do prawej burty falami. Choroba morska przeszła przez jacht zbierając imponujące żniwo. Ocaleni ratowali chorujących i dzielnie podążali dalej na zachód. W nagrodę otrzymaliśmy przepiękne, pełne gwiazd niebo oraz wschodzący księżyc.

Dzień przywitał nas juz na środku morza i warunki z każdą godziną się poprawiały, tak więc do wieczora przywróceni do życia zostali niemal wszyscy. Poszukiwaliśmy delfinów oraz innych jednostek, ale morze było zupełnie puste.

Kiedy przed nami ukryło się już zachodzące słońce zostało nam jeszcze około 30 mil. Podążaliśmy do portu Mahón, pierwszego hiszpańskiego miejsca naszej wyprawy. 

U wejścia do zatoki napotkaliśmy dryfujący ze defektem silnika jacht, który wzięliśmy na hol i zaciągnęliśmy go w głąb do kolejnej mariny. A my sami, po niemal godzinnym poszukiwaniu miejsca zaparkowaliśmy w rejonie starego miasta, na zaczepionym do dna niewielkim pomoście, będącym namiastką lądu, na tyle jednak wystarczającym, że mogłem po raz kolejny już raz wznieść toast za cudowne ocalenie.

Wokół nas rozpościerała się rozświetlona licznymi lampami panorama domków, zabytkowych kamienic, palm, jednak te atrakcje pozostaną nam na ranek. Teraz należało się wyspać oraz wypocząć.

Facebook
Tweet
Google
28
Sierpień
2017

Po 2 latach mojej pracy w Fundacji 4 Kontynenty właśnie nadszedł czas pożegnań. Zrezygnowałem z funkcji vice prezesa i rezygnacja została przyjęta.

Zaczeło się jakieś 2 lata temu od spotkania dwóch niespokojnych duchów, czyli Mariusza i mnie. 4 Kontynentyy były wówczas na lekkim rozdrożu po fiasku wyprawy na Antarktydę i opuszczeniu jej przez kilka kluczowych osób, ja też  wtedy szukałem dla siebie miejsca. Szybko więc się dogadaliśmy i nawiązali bardzo mocną współpracę. Starałem się zaangażować cały mój dostępny czas, siły oraz energię i pomysły. Udało się wspólnie zrobić wiele fajnych rzeczy, podnieść Fundację na kolejny wyższy poziom, zrealizować sporo marzeń różnych osób. Moje działania koncentrowały się głównie w sprawach żeglarskich oraz formalno-organizacyjnych, gdzie starałem się przenieść wszystkie swoje doświadczenia. Czy współpraca układała się idealnie? Nie zawsze, ale jest to naturalny wynik różnych osobowości, pomysłów i dużego zaangażowania. Zawsze jednak staraliśmy się spożytkować twórczo te różnice. 

Dla mnie zaangażowanie w Fundacje było też bardzo cenne, dużo się nauczyłem, poznałem wiele świetnych osób, mogłem zorganizować i poprowadzić sporo fajnych rejsów pod fundacyjną banderą, w których zgodnie z ideą 4K zarażałem żeglarstwem. 

Szczególnym efektem współpracy była będąca już w drodze powrotnej ze Spitsbergenu wyprawa Arktyka 2017. Warto było poświecić rok z życia dla tego projektu, który już do tego czasu przyniósł tyle sukcesów, a koronne etapy na Spitsbergenie zapisują się w historii żeglarstwa. 

Dlaczego więc odchodzę? Decyzja rozważana od dłuższego czasu nie była dla mnie prosta. Generalnie coraz bardziej widoczne różnice w  planach na przyszłość oraz sposobie ich realizacji. Z nich wyszła moja potrzeba budowania własnych projektów. 

Czy jest przed nami jakaś wspólna przyszłość? Mam nadzieję, że tak. Być może przetną się nam kursy gdzieś na morzu, a może uda się uzgodnić uczestnictwo we wspólnych projektach. Czas pokaże.

Na dziś dziękując za to co za nami życzę Fundacji dużo wiatru w żagle. Niech się uda w przyszłości zrealizować wymarzoną podróż na Antarktyde, a do tego dnia skutecznie propagować żeglarstwo na wszystkich morzach  i jeziorach. MARIUSZ. Powodzenia !!!

Facebook
Tweet
Google
18
Sierpień
2017

Poranek 14 sierpnia zastał nas w Izola (Słowenia). Po długiej i męczącej trasie z Polski dojechaliśmy do portu, w którym oczekiwał na nas Azimut. Czekał na lądzie na nas, abyśmy dokonali ostatecznego odbioru i przejęli go z rąk dotychczasowych właścicieli. Przed nami dwie doby bardzo intensywnej pracy.

Kilka dni temu marzliśmy na Spitsbergenie, teraz przyszło nam się zmierzyć z upałem, większym nawet niż w Polsce. Pracy do wykonania było dużo, przygotowanie do wyjścia w morze, poznanie wszystkich tajników i zakamarków, przejęcie możliwie największej wiedzy na temat działania, systemów, urządzeń. Było tego sporo – Azimut staraniem dotychczasowych właścicieli posiadał niezliczoną ilość urządzeń, generatorów, pomp, itp. Wszystko ważne, wszystko praktyczne, wszystko pomocne w utrzymaniu jachtu w jak najlepszym stanie. Ale wiedzieliśmy, że godzina w której ruszymy zbliża się coraz bardziej.

Po wodowaniu, wtorkowym wieczorem 15 sierpnia mogliśmy w końcu wyruszyć. Niesamowite uczucie, w końcu na wodzie, na pokładzie Azimut. Nasza pierwsza trasa wiodła do oddalonej na przeciwległym brzegu morza Wenecji. Noc pozwoliła nam pokonać dzielące nas 60 Nm i rankiem byliśmy już blisko. Pierwsze wejście do mariny (Santelena) znajdującej się nieopodal Starego Miasta i znów stoimy w przepięknym miejscu. Do późnego wieczora, kiedy przybędzie do nas pierwsza grupa naszej załogi. Cały dzień upłynął na odpoczynku, dopieszczaniu ostatnich elementów oraz wieczornym spacerze na Plac Świętego Marka oraz złapaniu klimatu sąsiadujących z nim uliczek oraz kanałów.

Kiedy nastała północ i ostatnie z oczekiwanych osób zaokrętowały się w swoich kabinach nadszedł czas na kolejną trasę. Płynęliśmy do Chorwacji, do Rovinj, gdzie w planach było zwiedzenie bardzo klimatycznego miasteczka słynącego z corocznych wielkich festiwali tanecznych oraz przepysznych owoców morza.

Tuż po godzinie 10 (24 sierpnia) przycumowaliśmy do pomostu, gdzie obok znajdował się posterunek policji, w którym po jakiejś godzinie udało nam się zgłosić na chorwackich wodach i uzyskać zgodę na dalszą trasę. Przestawiliśmy jacht do pobliskiej zatoczki, aby móc złagodzić żar upału poprzez kąpiel w błękitnej wodzie. Kilka godzin wystarczyło nam na regenerację i ruszyliśmy dalej, tym razem do miejscowości Pula. Tu mieliśmy spędzić kolejną noc.

Dla mnie był to koniec azymutowej podróży, musiałem wracać do Polski, zostawiając na pokładzie Pawła oraz jego załogę. Jeszcze rankiem pomogłem w oddaniu ostatnich cum, Azimut wypływał na południe w kierunku Kornat, zrobiłem kilkanaście kolejnych zdjęć i ruszyłem w stronę Polski. Ciągle byłem pod wrażeniem naszego nowego jachtu i żałowałem, że nie mogłem spędzić na nim kolejnych dni. Ale ten czas nadejdzie wkrótce.

Facebook
Tweet
Google
22
Czerwiec
2017

Etap S-5 miał być dla mnie, mojej załogi (w tym żony) najcudowniejszą eksploracją norweskich Lofotów oraz pięknych fiordów. Kończąc w słońcu poprzedni etap w Bodo wydawało się, że najpiękniejsze przed nami. Ale cóż, musiała wtedy zmienić się pogoda w totalnie deszczową i urok przyjemnego pływania pod żaglami został zastąpiony tygodniową walką z deszczem, wilgocią, chmurami – gdzieś wśród tej skumulowanej w różnych postaciach wilgoci podjęliśmy wysiłek odszukiwania tego co piękne. Czy się udało?

Musieliśmy uciec z Bodo. Bodo totalnie nas rozczarowało, miasto z lotniskiem, ale bez najmniejszego uroku. No może z wyjątkiem knajpy w której piwo kosztowało 100 kr, choć mnie akurat nie było na to stać i ze względu na kasę, i na brak czasu. Ale musieliśmy spędzić dobę w Bodo, bo tu mieliśmy wymianę 3 osób z załogi. Pożegnaliśmy więc Smoczycę ze Smokiem oraz mojego syna Dominika. W zamian na pokład przyjęliśmy Józka, Jarka oraz dla mnie przede wszystkim (bez ujmowania rangi pozostałym) moją żonę, w jej pierwszym morskim rejsie. A że ja nie lubię stać bezczynnie w porcie w chwilę po tym jak kalendarz przeskoczył z 13 na następny dzień ruszyliśmy w drogę.

Od Lofotów dzieliło nas zaledwie 50 Nm, więc wykorzystując sprzyjający wiatr zameldowaliśmy się w rejonie miejscowości Å tuż po 9 rano. Tym razem, ze względu na liczne chmury zaczynaliśmy rozróżniać pory dnia. Brakowało mi kompletnej informacji, gdzie można zaparkować jacht, a posiadana przeze mnie norweska locja nie dawała pełnej informacji. Weszliśmy naszym stalowym Sifu o zanurzeniu 2.5 m w rybacki porcik. Bardzo powoli, stale kontrolując głębokość oraz to co się dzieje przed i pod dziobem w labirynt skał i płycizn. Ale wystarczyło miejsca na tyle, aby uchwycić urok tego miasteczka, czerwonych domków na palach, licznych konstrukcji drewnianych ze stockfish’ami oraz wspaniałych, wysokich gór otulonych całą gamą chmur. Kilkadziesiąt zdjęć i należało się wycofać do pobliskiego miejsca Sorwågen, gdzie pomimo zapełnionego jachtami niewielkiego pomostu przycupnęliśmy w pobliżu do dwóch rybackich kutrów. Miły Norweg pozwolił nam na kilkugodzinny postój w prywatnej części portu. Tyle czasu wystarczyło nam na spacer do Å, generalnie, aby zrobić sobie obowiązkowe zdjęcie z tablicą miejscowości o najkrótszej na świecie nazwie. No i żeby przekonać się, że absolutnie nie należy kupować suszone tutaj ryby. Ach, piękne powitanie z Lofotami.

Naszym celem na dzisiejszy dzień było Reine. I nawet standardowo nieprzyjemni francuscy żeglarze nie byli w stanie zepsuć nam radości z wpłynięcia w to miejsce. I choć cumując do kolejnego rybackiego nabrzeża zostaliśmy odcięci od świata nie powstrzymało to naszej ekipy wysokogórskiej od nocnej wspinaczki na szczyt Reinebringen. Z ich opowieści trasa była bardzo trudna i momentami niebezpieczna ze względu na rozmokły przez ciągle padający deszcz teren. Ale dotarli na szczyt, a my rankiem mogliśmy podziwiać świeże zdjęcia. Wyobraźnia widząc piękne panoramy rysowała te same widoki przy słonecznej pogodzie. A że wyobraźnia jest nieograniczona postanowiłem wrócić tu w niedalekiej przyszłości, aby skonfrontować ją z rzeczywistością. A ci co zostali na jachcie pełnili dyżury pływowy, ponieważ duży skok pomiędzy niską a wysoką wodą wymagał przynajmniej cogodzinnego przewiązywania cum.

Jeśli chodzi o prądy i pływy musiałem je uwzględniać każdego dnia. I to nie tylko ze względu na częstą konieczność stawania przy nabrzeżach. Posiadane przez nas elektroniczne mapy zawierały wiele nieścisłości i wymagały także korekt. Większość miejsc do których przybijaliśmy nie posiadała informacji o tym co nas czeka, należało zachować szczególną uwagę. Do tego dochodziły liczne silne prądy, które musieliśmy uwzględniać oraz mosty o niewielkich prześwitach. Tak więc atlas prądów i pływów był w ciągłym użyciu.

Powoli zapominaliśmy wszyscy o słonecznej pogodzie z poprzedniego tygodnia. Przywykaliśmy do deszczu oraz do tego, że nie ma wiatru. Ponieważ plan był napięty i chcieliśmy odwiedzać kolejne miejsca w ruch poszedł silnik Sifu, a my staliśmy się mieszkańcami motorowej łódki, która wprawdzie nie mogła się w żaden sposób równać z prędkościami pływających we wszystkich kierunkach promów, kutrów, holowników oraz motorówek – ale spokojnie mila po mili przemierzaliśmy zaplanowane trasy, zatrzymując się co jakiś czas na połów dorszy. Od znajomych dowiedziałem się przed rejsem, że największym przysmakiem jest zębacz pasiasty, który urósł wśród nas do legendy, tym bardziej, że nasz Józek, pomimo węgierskiego akcentu powtarzał co chwila "zebacz pasiasty". On jednak nie pozwolił się nam złapać w żadnej z licznych prób, ale całe stado dorszy – owszem. I trzeba przyznać, że jest tu raj dla wędkarzy, którzy specjalnie przyjeżdżają w to miejsce na połowy. Szybko nabyliśmy doświadczenia, gdzie należy przystanąć, aby połów był obfity. I w ten oto sposób dorsz stał się naszym głównym obiadowym daniem. W różnych wersjach, ale zawsze świeży.

Z Reine nasza trasa prowadziła na północny-wschód przez kolejne lofockie miejsca. Musieliśmy coś powybierać, bo zbyt dużo było do zobaczenia jak na nasze możliwości. Tak więc przede wszystkim Henningsvær, zwane przez nas w skrócie Hu. To przepiękne miejsce, które pozwoliło nam przepłynąć przez swój środek i zaparkować w centrum. Urokliwy kanał portowy z położoną wzdłuż niego zabudową, namiastka włoskiej Wenecji. Po krótkim postoju na noclegu udaliśmy się do Svolvær, z nadzieją, że ze względu na wielkość znajdziemy toalety i prysznice. Tym razem się udało, a przywitał nas mały czerwony domek z dwoma łazienkami oraz prysznicem. W ten oto sposób zostały spełnione nasze marzenia, a człowiek przypomniał sobie jak często niewiele mu do szczęścia potrzeba. A dopełnieniem została wizyta w sklepie, który pozwolił nam wyposażyć się na dalszą drogę.

O Trollfjorden wiedziałem niewiele, kilka zdjęć z dużymi promami w środku nie było do końca zachęcające, ale jakiś szósty zmysł kazał mi poprowadzić tam jacht następnego dnia, a gdybym go nie posłuchał stracilibyśmy największą atrakcje tego etapu. Bo tam rzeczywiście przekraczając wąskie, ale wysokie kamienne wrota wpłynęliśmy w nowy, cudowny świat. I całe szczęście na końcu krótkiego fiordu znalazł się pusty pomost, czym byliśmy zaskoczeni, który pozwolił spędzić nam w tym miejscu kilkanaście godzin. I odbyć jedną z najbardziej niesamowitych wędrówek w góry, którą pośród licznych strumieni i wodospadów, po zalegających wszędzie stromych partiach śniegu, głazach, zalewiskach odbyliśmy w gumiakach. Ciągle w górę, z dużym zmęczeniem po wspaniałe widoki ścielących się u stóp fiordów, poniższych partii górskich spowitych śniegiem i w stronę szczytów, które wciąż przed nami. Bez lin, raków, czekanów i odpowiednich butów, na pewno z dużą dozą szaleństwa i być może małą nierozwagi, płacąc później ceną przeziębienia, ale wszystko po to, aby zobaczyć to co widzieliśmy. Jeżeli ktoś zapyta nas o jedno miejsce z całego naszego piątego etapu, które musi koniecznie zobaczyć, bez wątpienia każdy z nas wskaże Trollfjorden.

Zatem akcentem z najwyższej półki pożegnaliśmy Lofoty i na naszym dzielnym Sifu pognaliśmy dalej w stronę Tromso. Jacht każdego dnia stawał się dla nas naszym domem. I każdy z nas przyzwyczajał się do swojej jego części. Najbardziej w adaptacji posunęła się wachta druga, która zadomowiła się na rufie. Co tam się działo nawet ja nie wiem do końca, w każdym bądź razie urastające już do mitów historie sprawiały, że tylko odważni i na krótką chwilę zapuszczali się z rzadka w owiane złą sława miejsce. Większość wnętrza stanowiły jednak części wspólne w których dość szybko nauczyliśmy się żyć. Bycie w tak zamkniętej przestrzeni przez okres np. 2 tygodni ósemki osób w różnym wieku, z różnymi charakterami, przyzwyczajeniami jest niewątpliwie wyzwaniem. Nie mieliśmy do dyspozycji specjalnych wygód, no może poza kozą, która dwa razy pozwoliła nam wygrzać po nocnych wędrówkach kości i osuszyć przemoczone rzeczy. Ale było wszystko co do życia jest potrzebne, a co może zagwarantować wyprawowy jacht. Znalazły się również kostki, które zapełniły grą jeden wieczór. Życie na jachcie płynęło wachtami, kambuz, nawigacyjna, spanie, port, wędrówka, jedzenie. I rozmowy.  Nie pamiętam ani jednego spięcia, nieprzyjemnej sytuacji, wszyscy dla wszystkich starali się być uprzejmi i pomocni. I nawet moje zapiski na blogu czytane były z uśmiechem, a po jakimś czasie pojawiało się pytanie: kiedy następna cześć? ;-) No cóż, znowu rufa postanowiła sobie zyskać prymat w wychwalaniu kapitana, ale to już taki urok tych ancymonków.

Zagłębiając się w kolejny fiord zmierzaliśmy już bezpośrednio w stronę końca wyprawy. Deszcz nie pozwalał nam nic specjalnie podziwiać, mijaliśmy kolejne miejscowości, wysepki, mosty. Gdy minęliśmy kolejne 50 Nm przestrzeń się otwarła i znaleźliśmy się już w pobliżu miasta Harstad. I wtedy na krótką chwile pojawiły się orki. Pamiętając widzianą przeze mnie ilość wielorybów u wybrzeży Grenlandii liczyłem, że wszystkim nam dane będzie zobaczyć dużo częściej i liczne stada dużych ryb. Niestety dana nam była, i to tylko niektórym z nas, mała namiastka. A szkoda, bo byłoby to niesamowitą atrakcją dla wszystkich, a zdjęcia wzmocniły by każdą opowieść po powrocie. Ale niestety, nie tym razem.

Harstad okazał się wielkim rozczarowaniem, więc pozostanie nam w pamięci jako port bez zaplecza, w którym musieliśmy odbyć postój techniczny, a po nim bez większego żalu wypłynąć dalej. Choć tyle z niego pożytku, że miał prostą do zapamiętania nazwę. Ale czy może być to zaletą przesądzająca o jego wartości? Chyba nie, znam wiele prostszych nazw portów, ot choćby Hel, który ma swoją Cebulę i słynnego Morgana.

Dużo bardziej w pamięci pozostanie nasza kolejna malownicza marina, tuż za mostem w miejscowości Finnsnes. Bo poza tym, że było dużo ładniej i kameralniej - to zostaliśmy bardzo miło i gościnnie przywitani. Został nam wskazany pomost dla gości, przy którym znajdowała zarówno stacja z ropą, jaki i upragniona po raz kolejny toaleta, prysznic oraz pomieszczenie z pralką i suszarką, która przytrafiła się mi w idealnym momencie. Bo to był już odpowiedni czas, aby wszystkie możliwe moje rzeczy przeprać, wysuszyć i przygotować do zostawienia na jachcie na arktyczne etapy. W ten sposób zyskać miejsce w bagażu na konieczne do wzięcia na Spitsbergen rzeczy. Miejsce to jak zaznaczyłem chwilę wcześniej miało swój urok ze względu na gospodarzy, którzy objęli je swoją troskliwa pieczą. A więc po pierwsze wykazali duże zainteresowanie naszymi zamiarami. Wygląd Sifu odbiegał od typowych jachtów w sąsiedztwie i jasnym było, że inne jest jego przeznaczenie. Dlatego z przyjemnością opowiedzieliśmy o naszej wyprawie, starcie w Gdańsku, dotychczasowych etapach i o tym co przed nami. Zyskaliśmy potrzebną nam pomoc, zatankowaliśmy jacht, uzupełniliśmy zbiorniki wody oraz akumulatory w prąd. Oraz otrzymaliśmy informację, że gdyby nie deszcz i chmury moglibyśmy podziwiać wspaniały wschód słońca.

Pomimo, że słońce wstało w sposób trudny do zauważenia to my wstaliśmy sprawnie. Ostatnie 40 Nm dzielących nas od Tromso wymagało zgrania w czasie z silnymi prądami występującymi na naszej trasie. Ich siła w zależności od rodzaju pływu wynosi nawet od 3 do 6 węzłów. Z naturą nie należy się kłócić, ale trzeba wykorzystać jej siły dla swojego użytku. Dlatego postój na połów ryb tym razem okazał się krótszy. Połączone siły wędkarzy w godzinę zapełniły dorszami kokpit w ilości zapewniającej nam, załodze następnego etapu oraz sąsiedniego jachtu wyborny posiłek. A kilka godzin później, kiedy wyszliśmy z kolejnego fiordu, ukazał się nam cel naszej podróży: Tromso.

Położone na wyspie, z olbrzymim mostem, panoramą strzelistych, pokrytych śniegiem gór oraz narciarską skocznią. Zaplanowana na koniec rejsu i wymianę załóg marina w samym centrum maila dużo wolnych miejsc. Jeśli czytaliście uważnie moje wcześniejsze opisy to wiecie sami czego nie miała ;-) Ale umyci czy nie - właśnie kończyliśmy swój rejs. Ostatni na północ wzdłuż norweskiego wybrzeża. Bo z Tromso Sifu obierze już kurs przez morze do odległego, ale jednak coraz bliższego Spitsbergenu. My swoje zrobiliśmy, bezpiecznie i planowo doprowadziliśmy jacht do docelowego punktu, który będzie startem dla arktycznych etapów. Dla mojej załogi, z wyjątkiem Pawła, Tromso oznacza koniec wyprawy. Owszem, zostało jeszcze do wykonania sporo pracy przed przyjazdem następnej ekipy – ale żeglarsko rejs się zakończył.

I znowu kończąc swoją relację składam podziękowanie mojej załodze: Pawłowi i Kamili. Krzyśkowi i Jackowi, Jarkowi i Jozsefowi oraz przede wszystkim mojej żonie. Dzięki za wspaniałe wspólnie spędzone dni w przepięknej krainie Lofotów.

Facebook
Tweet
Google
12
Czerwiec
2017

Czwarta cześć naszej wyprawowej wspinaczki na Północ w ramach Arktyki 2017 została zakończona. Z Trondheim przez norweskie fiordy, lodowce oraz koło podbiegunowe aż do Bodo. 8 dni intensywnego żeglowania.

Co musi się stać, aby rejs był udany, no może nawet bardzo fajny lub rewelacyjny?

Po pierwsze: kapitan i załoga na odpowiednim poziomie. Jaki jestem taki jestem, ale na pewno nie brakuje mi szczęścia i ręki w dobieraniu świetnej załogi. Tak też było i tym razem, z większością osób pływałem poprzednio, a nowe osoby stały się naszym ubogaceniem. Szybko okazało się, że nawiąże się między nami stosowna chemia. Interesujący ludzie, pomocni dla siebie, wiedzący po co przyjechali na rejs.

Po drugie: odpowiedni jacht, a w naszym wypadku wyprawowy, co oznacza zastąpienie zbędnych komfortów na dzielność i praktyczność  jednostki. Sifu of Avon to historia. Rok temu dopytywałem pływających na nim znajomych na jego temat, opinie były różne. Jednakże wykonana przez Armatora i nas 4 Kontynenty duża praca przez ostatnie pół roku przywróciła go żywych, jeśli dla kogoś nie było to pewne. Zrobił się jachtem sympatycznym, przyjaznym w środku, a jego dzielność bardzo szybko miałem okazję sprawdzić. A no właśnie, bo

po trzecie: odpowiednia pogoda. Na poprzednich etapach Neptun nie rozpieszczał nas za bardzo, słońca malutko, dużo deszczu, zimno. To się zmieniło zasadniczo z naszym przylotem do Trondheim. Ciepło, słonecznie, no i wietrznie. Przez pierwsze dni towarzyszył nam sztorm 8-9 B, ale generalnie niewielkie zafalowanie pozwoliło przetestować wszystkie zestawy żagli, genue i grota na kolejnych refach, bezana oraz sztormowego foka. Pływało się świetnie, Sifu dzielnie dawało radę, a poczucie bezpieczeństwa nie opuściło nas ani na chwilę. Następne dni były już mniej wietrzne, aczkolwiek pływanie w fiordach pomiędzy wysokimi górami wymagało ciągłej uwagi ze względu na bardzo mocne wiatry spadowe oraz tworzące się tunele. Pogoda jednak była bliska ideału, a wiatr przynosił ciepłe powietrze. Do tego stopnia, że ani razu nie użyliśmy kozy do grzania oraz trudno było w skorzystać z przygotowanych na niskie temperatury śpiworów.

Po czwarte: ciekawa trasa po pięknych miejscach. Tych na tym odcinku nie brakowało. Przede wszystkim majestatyczne, wyrastające z wody góry, w przedziwnych kształtach i kombinacjach. Często ośnieżone, odcinające się się od błękitnej wody. Ciekawe miejsca i przejścia, niemal przez cały czas zapuszczaliśmy się slalomem w wąskie kanały z rozsianymi licznie malowniczymi zabudowaniami,  miasteczkami, mostami. Piękno Norwegii. Miejsca pełne ryb, które zapewniły nam pyszne, świeże posiłki. No i niewątpliwy top wyjazdu: lodowiec Svartisen, opisany osobno na moim blogu. Praktyczny brak nocy pozwalający czerpać niemal non stop z napotykanych atrakcji.

No i po piąte: sukces. Nam dane było przekroczyć próg krainy podbiegunowej, swoisty chrzest morski, niewątpliwie powód do dumy

Ponieważ wszystki warunki zostały spełnione ocena skończonego właśnie rejsu nasuwa się sama. A trudności? To niewątpliwie ceny norweskich produktów spożywczych. O ile mariny i paliwo jest tanie to reszta urasta do astronomicznych kwot. Całe szczęście chociaż ceny paliwa i marin są niskie, więc przy odpowiedniej organizacji da się przeżyć, tym bardziej, gdy na pokładzie ma się wędkarzy i codzienną dostawę świeżych ryb.

Tak więc: świetni ludzie, cudowne miejsca i pogoda. Pawle, Kamilo, Dominiku, Krzysztofie, Jacku, Krzysztofie i Violu - dziękuje za ten piękny rejs.

Facebook
Tweet
Google
24
Maj
2017

Tak się przez ostatnie lata dzieje, że jeden z majowych tygodni spędzam na Chorwacji. Lubię pływać tam w maju z wielu powodów.

Po pierwsze ceny jachtów są niższe i ich dostępność jest większa. Wszak to jeszcze przed wysokim sezonem. Jest więc z czego wybierać, a czarterujący zabiegają o swoich klientów. Ja zdecydowanie preferuje Oceanis'a, ale tym razem trafiła mi się Bavaria 51. Jacht nowy, niezniszczony, nieźle wyposażony. Nawet w AIS'a, co na wodach chorwackich jest raczej rzadkością. Do tego pakiet super all inclusive - który obok silnika do pontonu, sprzątania, itp. gwarantował internet bez limitu, genakera, brak kaucji oraz „bezodbiorowy” odbiór jachtu - czyli oddaj nam kluczyki - a o resztę się nie martw. Nigdy nie straciłem tam jeszcze kaucji na rzecz polujących na nią, ale to dodatkowy pełny komfort.

Po drugie w maju nie ma jeszcze tylu podróżujących jachtów, co wymiernie przekłada się na miejsce w marinach, restauracjach oraz miejscach turystycznych. To pozwala swobodniej i dłużej pływać nie martwiąc się, że jeśli koło południa nie wrócę do mariny - to mogę nie mieć już miejsc. Do kilku moich ulubionych zatoczek również był swobodniejszy dostęp, a wszędzie było spokojniej, ciszej, fajniej.

Po trzecie - kwestia pogody. Wprawdzie jest jeszcze za zimno na dłuższe, przyjemne kąpiele w wodzie - ale za to słońce nie zabijało nas swoim żarem, a i wiatru było trochę. Fakt - że zawsze do tej pory przynajmniej jeden dzień było sztormowy, burzowy - tym razem pojawił się od dopiero w sobotę - po zdaniu jachtu. Ale wiatru przez cały czas trochę było, taki klimat zdecydowanie preferuję.

No i po czwarte - ceny są mimo wszystko trochę niższe. Co dla pobytu w bardzo drogiej Chorwacji ma znaczenie. Trochę tańsze mariny, knajpki, itp. Bo wielkim minusem w Chorwacji jest właśnie poziom cen, dla mnie absurdalnie wysoki. Zostawianie ponad 100 euro za noc w marinie, 30-40 euro za jakiś obiad musi boleć. Ponieważ znam kilka fajnych miejsc omijanych przez zdecydowaną większość jachtów - potrafię to w dużej mierze zminimalizować - ale i tak wszystkiego się nie da.

Co by jednak nie zrobić – Chorwacja pozostaje chyba najdroższym akwenem w Europie patrząc od strony infrastruktury oraz pozostałych cen. Nawet pływanie po Norwegii potrafi być dużo tańsze – przy odpowiedniej organizacji.

Mając już to wszystko za sobą – pozostaje wsiąść na jacht i cieszyć się piękną żeglugą.

Na pokładzie świetna ekipa znajomych, bardzo fajnych ludzi, z których każdy wyrwany na chwilę z wiru pracy, obowiązków każdą chwilę stara się maksymalnie wykorzystać. O atmosferę nie obawiam się wcale, samo wzajemne przebywanie jest wartością, nie wspominając o gitarach i życiu nocno-pokładowym.  Co można jednak zaproponować osobom nie mającym zbyt dużo doświadczenia na ich pierwszy rejs? Ja najczęściej jako bazę wybieram okolice Trogiru lub Splitu. Tym razem udało się wystartować z samej starówki Trogiru, a nie z jakiegoś tam Segetu Dolnijego ;-) To zapewnia wrażenia już na początek. Tym bardziej jak trafi się na przedwyborczy festyn kandydata na burmistrza miasta, gdzie obok darmowego piwa, grilla oraz fajnej muzyki można z nim zrobić sobie zdjęcie i przybić piątkę. Oraz krótką wycieczką zwiedzić większość atrakcji. Jednakże trogirski gwar na dłuższą chwilę jest nie do wytrzymania. Tak więc poranek niedzielny to szybka ucieczka w stronę Visu, do pierwszego pięknego i klimatycznego miasteczka – Komiża.

Pogoda nam dopisuje, no może mogłoby być trochę więcej wiatru, ale za to jest ciepło i słonecznie. Kiedy pod wieczór wchodzimy do portu słońce pięknie kładzie się nad miasteczkiem. Stajemy pomiędzy innymi jachtami, jeszcze jest kilka wolnych miejsc. Pierwszy dzień na morzu zaliczony, dlatego jak prawdziwi żeglarze ruszamy w poszukiwaniu tawerny, mimo, że jest jeszcze przed sezonem znajdujemy kilka opcji, w tym nowo otwartą – której nie widziałem w zeszłym roku. Jak widać – turystyka kwitnie.

Następny dzień to wizyta w Błękitnej Grocie na Bisevie. Tu kolejna zmiana, jeszcze niedawno można było podpłynąć jachtem i na pontonie zwiedzać grotę na własną rękę. Tym razem zamontowano kilka nowych boi przy których należy zaparkować jacht, z którego bezpośrednio łodzią motorową zabierane są załogi na zwiedzanie. Ponieważ nie mam zwyczaju opuszczać jachtu stojącego na boi lub kotwicy – kolejny już raz nie ląduje w środku. Ale widząc przy powrocie zadowolone miny – wiem, że było warto. A przed nami oceniana przeze mnie jako większa atrakcja zatoka Stiniva, położona na południowym wybrzeżu Visu – dostępna tylko od strony wody. Udajemy się więc tam czekając na kolejne wrażenia. Na miejscu jest już jak zwykle kilka jachtów, ale miejsca na stanięcie na kotwicy jest wystarczająco. Ponton i desant na cudownej plaży pomiędzy wrotami utworzonymi przez malownicze skały. 3 godziny zabawy, odpoczynku, zachwycania się pięknem. Trochę może zepsute przez grubych Niemców, którzy postanowili nago zażywać miejscowych atrakcji.

Kolejne 35 Nm do Vela Luka pokonujemy do wieczora. Cały czas wypatruję czy nie pojawią się delfiny. Obiecałem to swojej załodze stawiając w przypadku niepowodzenia rum. Niestety – tym razem – do końca tygodnia nie pojawiły się w zasięgu mojego wzroku. Cóż, zakład tylko pozornie przegrany, rum zawsze smakuje.

Vela Luka – czyli porcik na zachodniej części Korculi nie oferował już miejsc z muringami. Pozostała nam boja, która i tak kosztowała sporo. Dodatkowo skończył się nam gaz, a butla na wymianę okazała się niedopasowana. Bez prądu i gazu – ale wyśmienitych nastrojach poszliśmy spać. Chorwacja dla moich znajomych każdego dnia okazywała się piękniejsza i to był powód do prawdziwego zadowolenia. Rano – potrzeba kawy – stała się matką wynalazków. Połączona ekipa inżynierów, projektantów wymyśliła pośrednie rozwiązanie, które pozwoliło na spełnienie porannych marzeń o ciepłym kubku aromatycznego napoju.

Chwile po tym bylismy już na morzu. Śniadanie postanowiliśmy zjeść w zatoczce Brna, a nasza droga tego dnia prowadziła na przepiękną wyspę Mljet, do miejscowości Pomena. Uwielbiam to miejsce, bardzo urokliwe, gdzie jachty parkuje się na muringach należących do kilku restauracyjek. Parking i prąd są za darmo, w zamian za obiad lub kolację zamówioną na miejscu. Woda jest jak zwykle niedostępna – wyspa ma z nią olbrzymi problem. Znowu nie jest najtaniej, ale bardzo smacznie i klimatycznie. Spacerem udajemy się do przepięknych słonych jezior położonych w głąb wyspy. Tam, przy pomocy miejscowego stateczku (na chwilę zostaję jej kapitanem, przejmując stery od sympatycznego Chorwata) udajemy się na wyspę na której znajduje się XII-wieczna benedyktyńska bazylika pod wezwaniem św. Marii. Resztki zachodzącego słońca nadają całości niesamowitego kolorytu, wokół spacerujące osły i tylko my sami. Kolejne zauroczenia wszystkich osób, z których nikt nie był tu wcześniej. Mljet jest dla mnie najpiękniejszą chorwacką wyspą, inną od wszystkich.

Ponieważ czas biegnie nieubłaganie następne dni to już powolny powrót do Trogiru, z wieloma atrakcjami po drodze. Pierwsza z nich to Korcula, na której zatrzymujemy się na 3-4 południowe godziny. Zaczyna mocniej wiać, nasz jacht jest duży, a marina ciasna. Ze względu na 2 płetwy sterowe Bavaria 51 nie jest zbyt prosta w manewrowaniu. Duża wolna burta sprawia, że dziób bardzo łatwo jest zabierany przez wiatr. I tak z atrakcjami zaparkowaliśmy w wąskiej marinie, cóż i dla kapitana delikatna porcja adrenaliny jest czymś ekscytującym. Jednak, ze względu na długość naszego jachtu, zajmujemy ponad połowę szerokości wąskiego kanału. Dwóm następnym jachtom się to już tak prosto nie udaje, jeden z nich manewrując zniszczył koszt rufowy o kotwice stojącej jednostki. Dla bezpieczeństwa pozostaję więc cały czas na pokładzie, ale reszta ekipy podziwia piękno kolejnej chorwackiej perły architektury. Kiedy ruszyliśmy dalej do przebycia pozostało nam 30 Nm – do następnego mojego miejsca, małego rybackiego portu Zavala w południowej części Hvaru. Fajna bajdewindowa 4-5 pozwala nam wprowadzić jacht w niezłe przechyły, załoga jest zachwycona. Nikt nie choruje, a wszyscy odkrywają potęgę żagli. Halsujemy się wykonując co chwilę zwroty i staramy się ustanowić rekord szybkości – jest ponad 9 kt. Czas nas nie pogania, można się więc rozkoszować aż do samej Zavali. To takie moje sekretne miejsce, mało znane komukolwiek. Maleńki rybacki porcik, bez prądu i wody,  z betonowym pirsem na ewentualnie jeden jacht, pośród kilkunastu rybackich łodzi. W tym okresie bez turystów, ale za to miejscowa tawerna oraz kilkanaście przepięknych dzikich plaż, na których skały schodzą bezpośrednio do wody. Zamiar poczęstowania się tylko lokalnymi trunkami zmienił się, gdy właściciel zaprosił nas do kuchni prezentując świeżo złowioną dużą, białą rybę morską. Nie musiał nas długo namawiać, a po niecałej godzinie wylądowała już na naszym stole. Dawno nie jedliśmy tak pysznej ryby, warto było ją zamówić, rozpływała się w ustach. Tak posileni ruszyliśmy na nocny spacer po znajomych mi plażach, gdzie na jednej z nich zatrzymaliśmy się na dłużej podziwiając połączenie morza i skał z przepięknym, usłanym tysiącami jasnych gwiazd niebem nad naszymi głowami. Pojawiły się dyskusje, jak sprawić, żeby nie musieć dłużej już pracować i zamiast wracać do Polski zostać już tu na zawsze. Cóż, carpe diem …

Rankiem znów trzeba było ruszyć żegnając się z tym zacisznym miejscem, wszak przed nami dzisiaj Hvar, przepiękne miasto, które podziwiane od dołu z pokładu jachtu wpływającego w same jego centrum zyskuje niezliczonych walorów. Palmy, ciasne uliczki, przepiękna zabudowa oraz górujące nad tym wszystkim wieże i twierdze. Kto był – wie doskonale o czym pisze. Kilka godzin postoju przeznaczamy na powolną wspinaczkę do twierdzy, ciasnymi klimatycznymi uliczkami, z każdym krokiem zyskując coraz piękniejszą perspektywę portu, miasteczka oraz okolicznych wysp. Gdy już jesteśmy na samym szczycie urzeczeni przepięknym widokiem doszukujemy się gdzieś na dole naszego jachtu, który zamienia się w punkcik. Czerwone dachy domów, znajdujące się teraz pod nami wieże, koloryt morza, błękitne niebo oraz rozłożone w pełnej krasie pobliskie wyspy (św. Klement) - wszystko to tworzy niezapomniany, cudowny widok, który staramy się utrwalić licznymi zdjęciami. Wszystko w pełnym słońcu, którego na Hvarze – zwanym wyspą słońca (największa ilość dni słonecznych w Chorwacji) nigdy mi nie brakowało. Rozleniwieni niechętnie wracamy na dół, gdzie po uiszczeniu opłaty za ten krótkotrwały parking w marinie trafiamy na jacht. Przy poprzednich wizytach poczęstowani własnoręcznie robionym ciastem panowie obsługujący marinę nie naliczali opłat, tym razem to się nie udało.

Dziś pozostaje nam jeszcze do wykonania krótki przelot do Stari Grad, również na Hvarze. Czas na postawienie genakera. Jak zwykle zapytanie, który róg wystający z worka jest do czego. Fałowy jest oznaczony, ale pozostałe dwa to już loteria, czyli 50% na 50%. Po postawieniu oczywiście okazało się, że odwrotnie – więc przećwiczyliśmy zrzucanie i ponowne stawianie. Tak czy tak efekt nie był oszałamiający, pływałem na piękniejszych i większych żaglach, a na dodatek trochę wiatr zgasł. Nie przeszkodziło nam to jednak delikatnie szpanując zjeść na pokładzie obiad i powoli podróżować w stronę portu, do chwili kiedy nastał czas na zrzucenie żagli i wejście na silniku. Stari Grad – to kolejne przepiękne miasteczko, gdzie marina przyklejona jest do samego centrum starego miasta. Szybkie manewry portowe i już stoimy pośród innych jachtów. Nasi bezpośredni sąsiedzi stojąc na pirsie zachowywali się dość hałaśliwie opróżniając przy tym plastikową, kilkulitrową butlę wina. Jeszcze nie wiedzieli, że to jednak do nas będzie należała noc ;-)

Kolejny spacer po miasteczku i dość niespodziewanie wylądowaliśmy na pięterku zacisznej knajpki, gdzie zachęceni przez gospodarza spróbowaliśmy kolejnych owoców morza. Mi przypadły w udziale krewetki i przyznam, że dawno nie jadłem tak pysznego dania. Powoli zapadał zmrok, a wraz z nim rozpalały się liczne latarnie i światełka, które jeszcze spotęgowały miejscowy klimat. To musiało oznaczać nocne wędrówki po tym wspaniałym miejscu, postoje na licznych placach, aż do białego rana.

Ostatni dzień – piątek – postanowiliśmy wykorzystać na maxa, czyli do godziny 18, o której mieliśmy się zameldować w marinie celem zdania jachtu. Szybko opracowałem trasy i wyszło mi, że jeśli będziemy sprawnie płynąć to jest szansa na 3 godzinną wizytę w Splicie i zwiedzanie miasta. To także dobre rozwiązanie, żeby w mniejszym tłoku zatankować jacht przed oddanie, zamiast stać w dużej kolejce jachtów w Trogirze. Wszystko wyszło planowo, zatankowaliśmy jacht w porcie w Splicie i przystanęliśmy w marinie. Niestety – dojście do centrum jest trochę dookoła i zajmuje około 20 minut w jedną stronę. Dopiero po zorientowałem się, że został oddamy do użytku pirs przy samym centrum, gdzie na te klika godzin można przycumować jacht, ale będzie to już wskazówka na przyszłość. Split jak zwykle okazał się wypełniony turystami i aż trudno sobie wyobrazić to miejsce w wysokim sezonie. Dlatego – maj to jest dobry czas na podróże po Chorwacji. Co można zwiedzić w niecałe 2 h w Splicie? Tak naprawdę to tylko szybkie przemierzenie najważniejszych jego części, ale i tak można się zachwycić. Ciasne uliczki, liczne zabytki, kamieniczki, pałace. Tak tylko, żeby posmakować tego miasta i wyrobić w sobie chęć na powrót. Ale dla nas było to wystarczające, a czas nas tym razem mocno gonił. Pożegnaliśmy się więc sprawnie i ruszyliśmy w ostatnią trasę do Trogiru, na której walczyliśmy z minutami. Udało się – 15 minut przed czasem, więc aby uspokoić naszego armatora już z drogi potwierdzałem nasze punktualne przybycie. Rozumiem to, że zamówiony nurek nie będzie na nas czekał w wodzie ze sprawdzeniem jachtu.

Zdanie jachtu, szczególnie na Chorwacji, jest dość istotnym zakończeniem podróży. Chyba nikt nie chce zatrzeć wspaniałe przeżycia niesmakiem spowodowanym utratą kaucji. Ja tym razem miałem totalny luz (tak jak pisałem na wstępie ze względu na posiadany pakiet), ale i w innych sytuacjach nie przejmuje się tym specjalnie. Mam zawsze swoją metodę polegającą na sfilmowaniu przed wyruszeniem całego pokładu oraz przy użyciu kamery gopro na kiju podwodnej części kadłuba. Nigdy tego nie oglądam, wiem co w trakcie mojego rejsu działo się z jachtem, ale gdyby ktoś chciał mi sprzedać poprzednie zniszczenia zawsze mogę posłużyć się zapisem wideo. Tym razem odbiór przebieg bardzo sympatycznie i miał raczej na celu sprawdzenie co ewentualnie należy uzupełnić, naprawić przed jutrzejszym powierzeniem jachtu następnej ekipie.

Rejs dobiegał ku końcowi. Jeszcze wieczór i noc w Trogirze, poranne pożegnania i czas ruszać do Polski. Bardzo fajna ekipa, tak jaki i cały rejs. A do delfinów to mam duży żal, że nie raczyły się pojawić. I wiszą mi przez to butelkę dobrego rumu. Pewnie za rok go odbiorę ;-)

Facebook
Tweet
Google
8
Maj
2017

Mężczyznę poznaje się po tym jak nie zaczyna – powiedział klasyk. Przed nami jednak po 10 miesiącach intensywnej pracy przyszedł w końcu ten dzień, w którym należało rozpocząć wyprawę Arktyka 2017. Jej pierwszy etap – wielka majówka 4 Kontynenty. Ktoś nazwał ją „fiku miku po Bałtyku” – chyba pamiętny tej sielankowej atmosfery z ubiegłego roku. Tym razem miało to jednak wyglądać inaczej.

28 kwietnia (piątek) zaczęliśmy się zbierać w NCŻ Górki Zachodnie na naszych dziesięciu jachtach. Wśród nich dwa wyprawowe: Sifu of Avon i Bystrze. Czas na ostatnie przygotowania, odbiór jachtów. Następnego dnia przyjadą uczestnicy rejsów. Piątek i sobotnie przedpołudnie minęło bardzo szybko. I wówczas zaroiło się od znajomych twarzy, budowała się przyjazna atmosfera. Zakupy, zaopatrzenie, spotkania – czas mijał szybko.

Po ściągnięciu świeżego meteo i naradzie kapitanów – stało się jasne, że wspólny rejs na Bornholm nie wchodzi w grę, Neptun po raz kolejny dając sztormowe wschodnie wiatry postanowił pokrzyżować nasze plany. Dlatego określiliśmy, że wychodzimy w niedzielę przed południem i po krótkim postoju na Helu zmierzamy do Łeby, gdzie podjęte będą następne decyzje.

O 11 – zgodnie z planem – zrobiło się gwarno i ciasno w marinie, gdy jeden po drugim jachty z banderą 4 Kontynenty zaczęły sprawnie wychodzić z mariny. Dużo radości i nadziei, że najbliższe dni upłyną w super atmosferze. Dla mnie – prowadzącego jeden z wyprawowych jachtów – świadomość, że od tej pory, z każdą przebytą milą zbliżamy się do dalekiej północy i że nie ma już odwrotu.

Moim szczęściem było to, że na pokładzie prowadzonego jachtu  miałem bardzo doświadczoną ekipę, która nie raz pływała już po morzu. Ich oczekiwania w stosunku do mnie były również duże, ale miałem zamiar im sprostać. Istotą udanego rejsu jest budowanie dobrej atmosfery i wzajemnych, ciepłych relacji. Ponieważ wszyscy byli bardzo fajnymi ludźmi – szybko się to udało. I nawet nasz jacht nie był nam w stanie w tym przeszkodzić. Po kilkugodzinnym postoju na Helu o godzinie 19 wyszliśmy na nocny przelot do Łeby. Idea, że wszystkie 10 jachtów będą płynąć razem udała się połowicznie. Cały czas płynęliśmy hamując prędkość w towarzystwie 3-4 jachtów, a tuż za nami Sifu of Avon. Wyglądał ładnie i widać było tą dużą ilość włożonej przez nas i armatora pracy. Ale poznanie jego klimatu było jeszcze przed nami. Tak więc wspólnie weszliśmy do Łeby, gdzie oczekiwała na nas reszta floty. Czas na odpoczynek oraz zakupy uzupełniające. Na wieczór zostało zaplanowane wspólne z burmistrzem Łeby ognisko. Łeby – która została partnerem naszej wyprawy.

Kolejne prognozy meteo zapowiadały 2-3 dniowe sztormy ze wschodnich kierunków. Potwierdziło się to, że planowany Bornholm nie będzie osiągalny dla jachtów planujących powrót do Gdańska. Ich powrót odbyłby się w bardzo niesprzyjających warunkach. Skłanialiśmy się, żeby majówkowe jachty podążyły do Karlskrony, a Sifu i Bystrze być może na Bornholm. W zeszłym roku 3 razy mi się nie udało, należało złamać fatum, a i pomimo trudnych warunków załoga również tego oczekiwała. Ach ta presja na kapitana.

Pożegnalne ognisko przeciągnęło się do późna. W końcu każdy znał ileś tych szant, które chciał wyśpiewać, a muzyków na naszych pokładach nazbierało się niemało … Wspólne świętowanie w ekipie 4K. No i wizyty na poszczególnych jachtach, bo nie wiadomo kiedy przyjdzie się znowu spotkać w podobnym, licznym gronie znajomych. W tym wszystkim Mariusz , który wszystko spinał … No i Zbyszek - dzięki za wspaniały rum ;-)

Wtorek rano – kolejne sprawdzenie najnowszej pogody. Podtrzymane ostrzeżenie o sztormie 6-7 (8) przy wiatrach wschodnich dawało nam pewność niezłej jazdy w kierunku Bornholmu.  Dla nas to ponad 100 Nm, z docelowym portem od zachodu – Ronne. Decyzja pozostała niezmieniona – wychodzimy o 11, tak aby rano następnego dnia wylądować na Bornholmie. Pożegnania, życzenia pomyślności i wspólne zdjęcia. Wyjście z główek portu Łeba okazało się nieproste. Bardzo duża fala wymusiła szybką jazdę na niemal pełnych obrotach silnika. Postanowiliśmy zebrać się jeszcze przy boi podejściowej, gdzie wyprawowe jachty zostaną pożegnane przez pozostałe. Gdy to nastąpiło – kurs 275 i w pełnym baksztagu ruszyliśmy przed siebie. Przed nami bezkres morza, za nami jak na sznurku Sifu, które postanowiło nawigować na nasz jacht. Zrefowana genua, prędkość marszowa 6-7 kt. Płynęliśmy unoszeni kolejnymi dużymi falami, zgodnie z zapowiadanym stanem morza 4-5. Oj – gdybyśmy musieli płynąć przeciwnym kursem – nie byłoby już tak przyjemnie. Jednakże w ten oto sposób pogrzebaliśmy ostatecznie szanse na wybór prezesa. Cóż – załoga tym razem była zbyt mocna ;-) Ponieważ wachty pracowały perfekcyjnie, jedynym problemem była walka z zimnem, które mimo majowego nieba dość mocno nam doskwierało. Tym bardziej, że z każdą godziną ubywało słońca. Wiatr do wieczora narastał, ale Bystrze dzielnie sobie radziło tnąc kolejne fale. A za nami niestrudzenie podążał Sifu.

Ranek następnego dnia zastał nas na południowo-zachodnim trawersie wyspy. Pozostało już tylko 20-30 Nm, a z każdą godziną byliśmy coraz bardziej osłonięci od fali. Zmiana kursu, dostawiony bezan i port w zasięgu wzroku. Czyli – jednak w tym roku uda się odwiedzić Bornholm i spędzić tam minimum 2 dni – przeczekując rozwijający się sztorm. Znalazło się dla nas miejsce w porcie, gdzie przycumowaliśmy za rufą znajomego Brego. Za godzinę wejdzie również Sifu, który na ostatnich kilkudziesięciu milach trochę przymarudził i został w tyle. Toast za cudowne ocalenie, szybkie ciepłe śniadanie, no i zasłużona 3-godzinna drzemka. Troszkę nas ta ostatnia noc zmęczyła, więc odpoczynek był jak najbardziej zasłużony – nie ma co kryć.

Przed nami perspektywa pobytu przynajmniej do piątku – nawet w porcie wiatr wyczyniał cuda i tylko duża determinacja pozwalała opuszczać jacht. Jednak plan na środę był prosty – odpocząć. Cóż – kto spędził trochę czasu na morzu – wie co oznacza postój w porcie. Relaks i w naszym przypadku duma, że coś już osiągnęliśmy. Nasza ekipa się sobą nie nudziła, więc czas płynął szybko. Gdzieś w tak zwanym między czasie starałem się też wpleść elementy szkolenia. A wieczorem skorzystaliśmy z zaproszenia z Sifu i nastąpiła wspólna integracja. Odwdzięczyli się z nawiązką za to holowanie się za nami po drodze.

Czwartek postanowiliśmy poświęcić na zwiedzanie wyspy. Z ambitnych planów zrodził się pomysł Piotrka na rowerową eskapadę. Jak powiedział – tak i zrobił. Na rowerze pod silny wiatr przemierzył ileś tam kilometrów, bo na lądzie – w przeciwieństwie do morza – przemierza się kilometry, a nie jak na morzu mile. Ten wyjazd musiał kosztować go bardzo dużo sił, bo po powrocie zjadł obiad i 3 dokładki. A że w trakcie ujawniły się kolejne kulinarne talenty  - było co jeść.  No może poza przyrządzonymi przez Dawida szparagami – które zniknęły natychmiast.

Ronne okazało się dla nas sympatycznym miejscem. Z wyłączeniem portu, w którym byliśmy kasowani za wszystko. Za pobyt, za wodę, prąd i prysznice – trochę było tego za dużo. A kiedy zapytaliśmy obsługującego nas gentelmana, czy z racji sztormu Ronne nie stało się portem schronienia, odrzekł, że on w takich warunkach byłby w stanie wyjść w morze odpowiednią do warunków jednostką. Dopytywany – nie chciał doprecyzować co dla niego znaczy odpowiednią jednostką – a szkoda – bo może byśmy się czegoś nauczyli. Nie mniej jednak spacery po mieście należały do przyjemnych, szczególnie wtedy, gdy szło się uliczkami poprzecznymi do kierunku wiejącego wiatru. Tak mocnego, że jachty stały wzdłuż kei w ciągłym przechyle. Pyszna kawa i szarlotka w Cafe Gustaw kosztowała na nasze 41 zł, ale za to można było uzyskać bardzo dobry internet i pozałatwiać  mnóstwo lądowych spraw. Ceny żywności i produktów podstawowych w pobliskim markecie nie odbiegały od polskich, co było dla nas niemałym przyjemnym zaskoczeniem. Tak więc mijał kolejny dzień, a prognozy zapowiadały osłabnięcie sztormu w piątek w południe. Oznaczało to dla nas przygotowanie do nocnej podroży w stronę Świnoujścia.

Kolejna noc na morzu, poza koniecznością usunięcia awarii w oświetleniu nawigacyjnym minęła spokojnie. Początkowo przez kilka godzin na pełnych żaglach, potem – kiedy wiatr osłabł – musieliśmy nawet posiłkować się silnikiem. I na szczęście martwa fala bardzo szybko wygasała. Gdy jeszcze rano za gęstymi chmurami zaczęło wznosić się słońce zbliżyliśmy się ponownie do polskiego wybrzeża. Marina w Świnoujściu okazała się gościnna i było w niej wiele wolnych miejsc – widać, że to jeszcze trochę przed sezonem. Asia sprawnie zaparkowała alongside Bystrze, oddaliśmy cumy na ląd i padło kończące naszą morską przygodę „tak stoimy”. Znowu 2-3 godziny odpoczynek po którym wzięliśmy się za przygotowywania jachtu dla jadącej już kolejnej ekipy. Pozbieranie naszych rzeczy, ale również gruntowne posprzątanie Bystrza. Oraz próba usunięcia kilku defektów. Przy tych pracach zastał nas podjeżdżający bus z kolejnymi członkami etapów S-2 i B-2. Szczegółowe przekazanie jachtu, zgodnie z przygotowanym przez Marka Kapołkę wielostronicowym dziennikiem. No i rozładowania i zaształowanie paczek z żywnością dla następnych etapów. Godzina 16 – pożegnalne zdjęcie – kto miał zapakować się do busa to to zrobił. Ostatnie pożegnalne spojrzenie na nasze jachty, no i powrót do domu. Po drodze kilka atrakcji, w tym stada dzików w kolejce przedpromowej. Ale szczęśliwie o godzinie  7 rano w niedzielę dotarliśmy do Krakowa. Pierwszy etap wielkiej podróży ku Arktyce dobiegł końca.

Z mojej strony chciałby podziękować całej ekipie 4K (w tym Mariuszowi) za bardzo udaną majówkę. Kapitanowi i załodze Sifu of Avon – za wspólną podróż i mnóstwo wspaniałych chwil. A mojej załodze – za niesamowitą atmosferę oraz wzajemną pewność i zrozumienie na morzu, w przygodzie która miała wiele barw.

Marek Rajtar

zdjęcia: Piotr Dumanowski oraz M.R.

Facebook
Tweet
Google
29
Kwiecień
2017
Planowana trasa:       Gdańsk - Władysławowo - Łeba - Ronne - Świnoujście (230 Nm)
Data rozpoczęcia:      29.04.2017 sobota (Gdańsk)
Data zakończenie:     06.05.2017 sobota (Świnoujście)
Ilość dni:                      8 dni
Jacht:                           Bystrze
Kapitan:                       Marek Rajtar
Charakter rejsu:         turystyczno - szkoleniowy
Facebook
Tweet
Google
21
Kwiecień
2017

Miejsce szkolenia: Gdańsk, Górki Zachodnie

Pierwszy termin naszej manewrówki zapełnił się szybko, pomimo 2 jachtów. Tak więc dla pozostałych chętnych zrobiliśmy termin dodatkowy. Aktualnie już brak miejsc, więc ewentualne następne terminy dopiero na jesień, kiedy wrócimy z naszych wypraw.

Jeśłi jesteś chętny - napisz do mnie. Lubię szkolić i żyję w przekonaniu, że potrafię to robić oraz, że mam czym się dzielić.

Facebook
Tweet
Google
10
Kwiecień
2017

Wczoraj późnym wieczorem zakończyliśmy pierwszą edycję MARKOWYCH MANEWRÓW jachtami na silniku. Na pokładach 2 jachtów (Bystrze i Chiron 2) zgromadziliśmy komplet 12 uczestników szkolenia. Było intensywnie - od godzin porannych do późna w nocy. Miejscem naszych ćwiczeń były mariny w Górkach Zachodnich oraz Sopot.

A zaczęło się kilka tygodni temu od pomysłu naszej trójki: Agaty oraz Marków. Uznaliśmy z Markiem Kapołką, że posiadamy na tyle doświadczenia w prowadzeniu jachtów, aby móc się tą wiedzą i umiejętnościami podzielić. Organizatorem całości została Agata Kos. Chcieliśmy zrobić coś nietypowego, pozbierać nasze doświadczenia i dać szansę naszym uczestnikom w krótkim czasie manewrować dwoma zupełnie różnymi jachtami oraz pod okiem dwóch kapitanów, zwracających uwagę na trochę inne detale. Ten pomysł okazał się fajny i bardzo szybko komplet uczestników zaufał nam powierzając swój czas. Grupa zapowiadała się ciekawie - cały przekrój: od osób stawiających pierwsze kroki do kapitanów prowadzących już wielkorotnie własne rejsy. Duże wyzwanie.

Wspólnie z Markiem ustaliliśmy, że będziemy bardzo duży nacisk kładli na zrozumienie tego co się dzieje z jachtem, na obserwację wiatru, zachowanie śruby, różnice w jednostkach. Intensywny program został opracowany szybko, a ja wziąłem się za przygotowanie plansz obrazujacych poszczególne manewry, tak, żeby przed ich wykonaniem móc zrozumieć ich fizykę. Byliśmy gotowi.

W piątek wieczorem zgromadziliśmy się wszyscy w Górkach. Nowe twarze, dużo osób, czas na szybką integrację, ponieważ im szybciej stworzymy zespół i uzyskamy zaufanie - tym efektywniej przeprowadzimy nasze szkolenie. Po chwili rozpoczęliśmy na jachtach część teoretyczną. Po omówieniu zasad bezpieczeństwa przystąpiliśmy do właściwej treści, która została zakończona ćwiczeniem z planowania wejścia do mariny. Każdy z uczestników dostał plan portu i uwzględniając wiatr oraz właściwości jachtu miał za zadanie wybrać najbardziej korzystne do parkowania miejsce. Dyskusja była bardzo ciekawa, pozwoliła poznać nam uczestników, a dla wszystkich była bazą do ćwiczeń praktycznych.

W sobotę rano intensywnie wzięliśmy się do pracy. Moja ekipa na Bystrzu, druga na Chironie. Ponieważ zdarzały mi się uprzednio na pokładzie osoby po kursach manewrowych, które nie potrafiły pływać do tyłu, tej umiejętności poświęciliśmy pierwsze 2-3 h. Dużą radością dla instruktora jest widzieć jak ćwiczenia przynoszą natychmiastowy efekt. Nasze intensywne manewrowanie wzbudziło jednak niepokój bosmanatu (w tym akurat dniu ruch w porcie ze względu na zrzucanie na wodę innych jednostek był duży) i przyśpieszyliśmy plan przeniesienia się do gościnnego Sopotu. Jeszcze wychodząc przećwiczyliśmy jednoosobowe podejście alongside rufą.

Trasa Gdańsk - Sopot była dla wielu z nas pierwszym w tym roku wyjściem na morze (wiem, wiem - zatoka). Po 2 h minęliśmy główki sopockiej mariny. Po porannej mgle nie pozostało ani śladu i pustawa marina (poza tłumem gapiów na molo) okazała się doskonałym miejscem do manewrów. Y-bomy - w różnych sekwencjach podchodzenie rufą. Wykorzystywanie wiatru jako pomoc, a nie przeszkoda, efektu śruby, cyrkulacji. Całość przeplatana nietypowymi manewrami. I tak do wieczora, kiedy przesiedliśmy się na Chirona. Wszyscy poczuli natychmiast olbrzymią różnicę w jachcie, Chiron prowadził się dużo łatwiej, szybciej reagował. Obok nas manewrowało już w tym czasie kilka innych jachtów. O godzinie 23 zakończyliśmy ćwiczenia po bardzo intensywnym dniu. Wszyscy zadowoleni - nowe umiejętności, słuchające się sterników jachty - wystarczający powód by w przygotowanych specjalnie kubkach wypić zdrowie.

W niedzielę przywitał nas mocniejszy wiatr. Załogi zmieniły kapitanów. Dziś główny nacisk na manewrowanie w ciasnych kanałach przy użyciu strugi na płetwie sterowej. Manewry, które poprzedniego dnia potrzebowały więcej miejsca zacieśniły się. Główne zadanie: zatrzymać jacht i sprawnie wejść do najbliższego y-bomu. Z wiatrem lub pod wiatr. Troszkę wyższa szkoła jazdy. Wychodziło i był to powód do dumy. Nie wiadomo kiedy na stylowym zegarze Bystrza wybiła 13. Czas na powrót do Górek. Postawiony żagiel i już przy pomocy wiatru kurs powrotny. O 16, po przybiciu do pomostu (tym razem nietypowo, bo pierwszy raz dziobem ;-) )  podsumowanie szkolenia.

Było intensywnie i dużo udało się zrobić. Dla nas prowadzących - wyzwanie, któremu staraliśmy się podołać. Umieć - a nauczyć innych - zupełnie inna bajka. Ale bardzo dobre doświadczenie. Podziękowaliśmy wszyscy sobie za poświęcony czas, a uczestnicy udali się w drogę powrotną. Dla nas - Marków - pozostało jeszcze wiele spraw do załatwienia na miejscu. Wraz z Arturem - mieliśmy dużo tematów do omówienia w związku ze startującą już za niecałe 3 tygodnie wyprawą Arktyka 2017.

 

 

Facebook
Tweet
Google
7
Kwiecień
2017
Jak przeprowadzić intensywny kurs manewrowy, tak aby uczestnik wyjechał z jak największym pożytkiem dla siebie?
Postanowiliśmy sprostać temu zadaniu organizując MARKOWE MANEWRY.
Podeszliśmy ambitnie do tematu opracowując autorski program.

LOKALIZACJA: zbiórka w Gdańsku, ul. Stogi 21

- 2 KAPITANÓW
- 2 JACHTY (11 metrowe)
- RÓŻNE MARINY
- ZAŁOGI 5-6 OSÓB
- 8 BLOKÓW TEMATYCZNYCH

Na uczestników szkolenia czeka nie tylko praktyka, ale i teoria.
Istotne jest, aby nie uczyć się manewrów na pamięć, ale rozumieć co się dzieje, jak i dlaczego.
Szkolenie prowadzi 2 doświadczonych kapitanów - praktyków, znanych z umiejętności przekazywania posiadanej wiedzy:
- Kpt. Marek Kapołka – posiada wieloletnie doświadczenie w organizowaniu rejsów na różnych jednostkach, specjalista od silników i techniki.
- Kpt. Marek Rajtar – prowadzi kilkanaście rejsów rocznie, na których zawsze kładzie nacisk na szkolenie i samodzielność żeglarzy, kapehornowiec.
Kurs będzie prowadzony na 2 morskich jachtach równocześnie (S/Y Chiron 2 i S/Y Bystrze). W trakcie szkolenia, uczestnicy będą pływać przemiennie na każdym z nich.
Dzięki temu poznają zachowanie różnych jednostek, a małe załogi zapewnią przećwiczenie wszystkich manewrów.

*** PROGRAM ***
W piątek zaczynamy o godz. 18 kolacją i szkoleniem teoretycznym.
W sobotę i w niedzielę od 8 rano manewrujemy.
Szkolenie zakończy się w niedzielę ok. godz. 16.

Zajęcia będą podzielone na konkretne bloki tematyczne, poprzedzone wstępem pozwalającym zrozumieć poszczególne manewry.
W PLANIE JEST M.IN:
- prowadzenie jachtu przodem i tyłem w wąskich przejściach
- cyrkulacja i jej zacieśnianie
- wykorzystywanie efektu śruby
- praktyczne wykorzystanie wiatru
- cumowanie alongside, dziobem i rufą
- podejścia do boi, wykorzystanie dalb
- zarządzanie załogą.
Na czas szkolenia planujemy stworzyć muringi, aby uczestnicy mogli trenować podejście rufą z ich wykorzystaniem.
Dla odważnych przewidujemy samodzielne nietypowe manewry portowe.

Facebook
Tweet
Google
15
Marzec
2017

Jest to relacja Anii, będącej oficerem na rejsie 4 Kontynenty: Gdańsk - Kopenhaga - Goteborg - Oslo - Skagen, który odbył się w dniach 28.08 - 10.09.2016 r. Kapitanem jachtu był Marek Rajtar

Znacie to uczucie, kiedy podejmujecie nowe wyzwanie, kiedy czekacie na ten kolejny przypływ adrenaliny we krwi, kiedy chcecie kolejny raz zmierzyć się sami ze sobą? Tak właśnie było ze mną i pierwszym długim rejsem. Podróżuję od wielu lat, ale świat zawsze odkrywałam drogą lądową. Autostopowe wyprawy nauczyły mnie odwagi i sprawiły, że dorosłam. Stałam się silną i niezależną kobietą, która radzi sobie niemal
w każdych warunkach. Ląd jednak stał się zbyt duszny i ciasny, a niektóre miejsca nieosiągalne wyłącznie samochodem.

Postanowiłam, że trzeba się przygotować. Już kilka tygodni wcześniej próbowałam przebranąć przez lekturę podstaw żeglarstwa zawartych w podstawowej branżowej literaturze. Szczerze? Na początku czułam się jakbym czytała po chińsku. Tysiące nowych definicji i nazw. Po kilku długich wieczorach z książką udało się nauczyć  kilku sztandarowych pojęć. Następnie warsztaty nawigacyjne organizowane przez Kapitana. Szkolenie zaplanowane było na tydzień przed rejsem i miało przybliżyć nam podstawy nawigacji i meteorologii, nauczyć pracy na mapach morskich, obliczania pływów. Ciężkie, ale i bardzo owocne sześć godzin pracy całej załogi i poczuliśmy się nieco bardziej gotowi na wyjazd.

Nasza trasa to, zaplanowana przez Fundację 4 Kontynenty, część rejsu etapowego. Zaokrętowanie: Amsterdam, później wybrzeża Morza Wattów i wyczekiwane przez wszystkich, norweskie fiordy.

Tydzień do wyjazdu..Jak zwykle na wszystko zbyt mało czasu, praca wyciąga z nas siły i wieczorami ciężko
się zabrać do pakowania niezbędnych na wyprawę rzeczy. Udaje nam się skompletować plecaki około środy wieczorem i już pojawia się na naszych twarzach zarys uśmiechu, nabieramy energii..

Czwartek i pierwszy dzień urlopu, praktycznie siedząc na bagażach czekamy na telefon od Kapitana.
Po wieczornej rozmowie nie mamy już złudzeń, na pewno nie popłyniemy zaplanowaną trasą. Jacht, którym mieliśmy wypływać z Amsterdamu utknął gdzieś w brytyjskim porcie z zepsutym silnikiem. A my cóż, też utknęliśmy w centrum Krakowa, pierwszego dnia urlopu, z tęsknotą za daleką podróżą i może nutą nadziei, że uda się coś jeszcze ocalić z naszych planów.

Piątek- więc jednak płyniemy, co prawda innym jachtem, co prawda inną trasą, ale wciąż na fiordy. Będziemy walczyć, żeby dotrzeć jak najdalej na północ, jak najszybciej przedostać się przez Bałtyk i spokojnie nacieszyć się odkrywaniem dalekich lądów.

Skandynawia została dla mnie ostatnią niezwiedzoną częścią Europy. Nigdy nie czytałam przewodników, stron internetowych i opinii na forach na temat regionów w które zmierzałam wyjechać. To wszystko nie pozwoliłoby mi zbudować własnego zdania na temat odwiedzanych miejsc. Tym razem też chciałam spotkać się z tą kulturą osobiście, porozmawiać z mieszkańcami, zgubić się w otaczających centrum uliczkach i znaleźć się w  małej lokalnej restauracji na pysznej miejscowej kawie i tradycyjnych daniach. Słuchać muzyki granej na ulicy, poodychać wolnością w przepięknych parkach i dopiero na koniec zadecydować, czy polubiłam to miejsce.

Sobota- dzień ostatnich przygotowań, dopychamy  ciepłe bluzy do plecaków i późnym wieczorem wraz z prawie kompletną załogą ruszamy z Krakowa do Gdańska w długą i nużącą podróż Polskim Busem.

Budzimy się nad ranem na Dworcu Autobusowym w Gdańsku, niecałe 30 minut później udaje nam się w kompletnym składzie stanąć na kei. Małą grupą ruszamy jeszcze na zakupy rejsowe. Wcześniej postaraliśmy się przygotować listę, ale uwierzcie, że nie jest łatwo zaplanować jadłospis na 2 tygodnie
dla 9 osób. Zakupy pochłaniają nam jakieś 3 godziny czasu, samochodem wypchanym po brzegi wracamy do portu.  Chyba w końcu jesteśmy gotowi do wyjazdu....walczyliśmy dzielnie.

Pogoda pozwala nam tego wieczoru wypłynąc na kilka godzin i przesunąć się chociaż o kilkadziesiąt mil dalej. Zaczynamy życie na pokładzie, nie jest łatwo z obiadem przygotowywanym na fali i dużym niedoborem snu, mimo to wszyscy z szerokimi uśmiechami na twarzach. Jesteśmy na morzu, można zostawić na lądzie wszystkie problemy i cieszyć się szumem fal.

We Władysławowie czeka nas co najmniej jednodniowa przerwa. Na wieczornym posiedzeniu Kapitan informuje, że wypłynąć na drugi dzień możemy, tylko że na morzu 7-8 B i oczywiście pod wiatr. Wszyscy z dużymi pokładami energii do żeglowania decydujemy się wypłynąć, niech się dzieje co chce.

Wypływamy ku żywiołowi. Po 2 godzinach większość załogi nieprzytomna ląduje pod pokładem. Ja jeszcze nigdy nie czułam się gorzej, choroba morska przypomina mi cięższą wersję grypy żołądkowej. Udaje mi się trochę uspokoić żołądek na krótkiej drzemce. W końcu decyduję się powalczyć, przecież wszystko tak naprawdę zaczyna się w naszych głowach. Pomagam przy żagalach, stoję za sterem i wymiotuję przypięta na linie do deku. Denerwuję się już okropnie, przy każdym wychylaniu sie za burtę dostaję zimną i słoną wodą prosto w twarz, ciężko się poruszać, doskwiera ból głowy i przemoczone ubrania. Ktoś tu mówił, że żeglowanie jest nudne?  Zostaje nas już tylko czwórka włącznie z Kapitanem, prowadzimy jacht na zmiany, morze nie chce uspokoić się ani na chwile, za nami 8 godzin. Czuje, że powoli wygrywam sama ze sobą, zaczynam robić się głodna, odzyskuję energię i siły. Teraz mogę już płynąć choćby całą kolejną dobę. Po 14 godzinach trudnej żeglugi Kapitan podejmuje decyzję o wejściu do portu w Łebie. My może dalibyśmy radę, ale reszta załogi potrzebuje przerwy i regeneracji. O 2 nad ranem rzucamy cumy i schodzimy na chwilę na stały ląd. Jeszcze szybka kalkulacja strat, na szczęście niewielkich i zbawienny dla wszystkich sen..

Rano trzeba naprawić zerwaną podczas sztormu taśmę od foka, nasz jacht nie jest specjalnie zaopatrzony w sprzęt do małych napraw, więc staramy się wygrać kreatywnością. Do szycia wykorzystujemy własnoręcznie zrobioną w bosmanacie igłę. Szybkie tankowanie paliwa i ruszamy dalej.

Dziś jest już nieco łatwiej, Neptun nieco łaskawszy, 6 B, ale wiatr wciąż w twarz. Chyba już trochę przyzwyczajeni do warunków, dzielnie prowadzimy kolejne wachty. Przed nami wyzwanie- co najmniej kilka dni ciągłej żeglugi. Nasz następny cel to Kopenhaga, dziś wydaje się daleka i nieosiągalna.

Wczorajszy dzień wiele mnie nauczył. Morze to żywioł, wobec którego my jesteśmy bezsilni, w obliczu jego mocy jesteśmy mali i bezbronni. W codziennym życiu często wydaje nam się, że potrafimy być niepokonani, że jeśli włożymy w coś sto procent energii to uda nam się wygrać. Co zmienia się zatem gdy z naszych oczu znika ląd? Zostajemy niewielką kropką poruszającą się na ploterze. Zależni od fali, wiatru, zdani na łaskę natury. Dziwne to dla mnie uczucie zostać bezsilną, zwykle nie pozwalam sobie na to. Pozwala mi to jednak zapomnieć, o tym co zostało kilkadziesiąt mil za nami i skupić się na rzeczach naprawdę istotnych, zastanowić
się o co w moim życiu walczę i  czego oczekuję.

Pierwszy raz zostało mi powierzone prowadzenie wachty. Stwierdziłam, że to dla mnie szansa na naukę stawiania żagli, podszkolenie się z nawigacji i sztuki manewrowania jachtem. Wiedziałam, że to też duży kredyt zaufania, dlatego szczególnie do nocnych wacht starałam się podchodzić bardzo odpowiedzialnie. Udowodniłam sobie, że wyzwania motywują do działania, konsekwentnie uczyłam się nowych rzeczy.

Takie kilkudniowe przeloty między portami to ogromny wysiłek dla załogi. Wiecie, okazało się, że najprostsze czynności potrafią być bardzo trudne. O umyciu się praktycznie nie ma mowy, przy przygotowywaniu obiadu dla 9 osób można poćwiczyć gimnastykę, a przejście 3 metrów z koi do toalety bez nabicia sobie po drodze ogromnej liczby siniaków o wszystkie stoły i szafki to już całkiem duży wyczyn. Są też chwile relaksu przy kawie i książce. Zwykłe życie na jachcie to jednak ciągła praca.

Po 56 godzinach na morzu docieramy do Kopenhagi, wpływamy do małego portu praktycznie w centrum miasta, nieco zmęczeni stawiamy pierwsze kroki na lądzie. Szczerze mówiąc kołysa mną jeszcze dobre kilka godzin przy zwiedzaniu miasta. Uciekamy z Kamilem zgubić się w mieście. Znajdujemy śliczną małą kawiarnię, gdzieś daleko od tłumów turystów przemierzających ścisłe centrum miasta. Pijemy przepyszną kawę, obserwujemy toczące się dookoła życie. Postanawiamy ruszyć na spacer, trafiamy na ogromne ogrody zamkowe- pełne zieleni i kwiatów, miejsce w którym mieszkańcy zatrzymują się na gry terenowe, rodzinne pikniki i spotkania towarzyskie. Mijamy plenerowy koncert i trafiamy do kolejnego parku tym razem prowadzącego do terenów zabudowy wojskowej. Przychodzi wieczór, podświetlone fontanny nad brzegiem rzeki wyglądają magicznie. Spacer kontynuujemy poszukując „Nomy“. Chcemy choć z zewnątrz zobaczyć tą gwiazdkę światowej gastronomii. Przekraczamy mieniący się tysiącem świateł most i po kilku minutach stajemy przed drzwiami restauracji. Wszyscy pracują jak w zegarku, każdy zna swoje miejsce, tu nic nie dzieje się przypadkiem, potrawy wyglądaja jak wycięte ze zdjęć najlepszego branżowego czasopisma , a uśmiechnięte twarze gości świadczą o wysokim poziomie lokalu i wysokiej jakości serwowanych tu potraw. Na stolik  w „Nomie“ czeka się kilka miesięcy, może przy kolejnej wyprawie uda się zobaczyć tą perełkę też od środka. Swoje kroki kierujemy na miejscowy„Street Food“, gromadzące się wokół tego miejsca tłumy młodych ludzi świadczą o tym, że trafiliśmy do jednego z bardziej popularnych miejsc. Wieczorami robi się tu głośno i kolorowo, koncerty Dj-ów na wolnym powietrzu, a we wnętrzu ogromnej blaszanej hali można odkrywać smaki niemal całego świata. Kilkadziesiąt food tracków i barów, serwujących kuchnie europejskie,a miejscami też te bardziej egzotyczne. Bierzemy do rąk po butelce miejscowych trunków i rozsiadamy się na leżakach nad brzegiem rzeki. Ogrzewani ciepłem rozpalonego ogniska, zasłuchani w rozbrzmiewającej wokół muzyce cieszymy się, że udało się odkryć serce kolejnego kraju, poszerzyć horyzonty.

Nieco zmęczeni po całym dniu wędrówki wracamy na jacht. Każdy z nas potrzebuje chwili wytchnienia i odpoczynku. Nazajutrz ruszamy dalej. Kolejnym way pointem ma zostać szwedzki Goeteborg. Liczymy, że uda się dopłynąć jeszcze na odbywający się tam właśnie Zlot Żaglowców.

Nasze plany rozpływają się niestety zaraz po wyruszeniu z portu. Stawiamy foka, który okazuje się być rozerwany na długości niemal pół metra i zamiast spełniać swą funkcję zostaje naszą dyszą powietrzną, łapiącą wiatr dosłownie do środka żagla. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko zmienić kurs na największy możliwy port w Kopenhadze i szukać pomocy..

Pewnie myślicie, że to już koniec naszych problemów? Otóż nic bardziej mylego, dopływając do portu orientujemy się, że mamy dziś sobotę ...najgorszy z wszystkich możliwych dni na naprawę jachtu. Mało nam szczęście dopisuje, ale załoga Xeli się nie poddaje. Postanawiamy, pozbawieni innych możliwości, wykorzystać zapasowe nici do szycia żagli i zacząć cerować. Kilka godzin mozolnej pracy Kapitana oraz czterech dzielnych załogantów i fok wygląda jak nowy. Może po powrocie zaczniemy zarabiać na drobnych, weekendowych naprawach jachtów?? Cały czas do przodu- zgodnie z tym hasłem przemierzamy kolejne morskie mile.

Na jachcie czas mierzy się w jakichś nieco innych jednostkach, nie mają dla Ciebie specjalnego znaczenia noc i dzień. Wszystko odmierzasz na wachty za sterem albo kambuzowe. Nic poza tym nie musisz, za to możesz wszystko, uczyć się, szkolić, pracować na jachcie, ucinać sobie drzemki, odrabiać literackie zaległości, pisać dzienniki, a przy spokojnym morzu wygrzewać się po prostu na deku w blasku promieni odbijających się od tafli wody.

Późnym wieczorem któregoś tam dnia wpływamy do szewdzkiego Goeteborgu. Wejście do portu mieniące się tysiącami kolorów wywiera na nas ogromne wrażenie. Pomimo zmęczenia postanawiamy podjąć się jeszcze małego spaceru po okolicy i znaleźć przystań w przyjemnym, klimatycznym pubie gdzieś w centrum. Okazuje się, że niepotrzebnie narzekamy na „krakowskie wysokie ceny“, bo wyobraźcie sobie, że piwo w zwykłym barze może też kosztować 40 zł/0,5 l- uwierzcie mi, że doceniacie wówczas każdy łyk.

Kolejny dzień postanawiamy poświęcić na zwiedzanie żaglowców. Z bliska wyglądają naprawdę imponująco, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Dopiero udało mi się opanować nazwy wyposażenia prostego jachtu i lin za które trzeba pociągać, a tu przed moimi oczami ogromy żaglowiec z sto razy większą liczbą lin, haków, kabestanów i innych akcesoriów- nieprawdopodobne, że chodzą po tym świecie ludzie, którzy znają te statki jak własny dom i potrafią bezpiecznie prowadzić je przez morza i oceany. Jako grupa polskich amatorów żeglarstwa, jakimś zrządzieniem losu znajdująca się akurat w Szwecji , dostajemy szansę postawienia swoich stóp na pokładzie słynnego Frederyka Chopina. Monumentalny, mieniący się dziesiątkami białych żagli w blasku słonecznych promieni, piękny i wywałoby się- niezniszczalny. Stając za kołem sterowym zaczęłam zastanawiać się jak perfekcyjne wyczucie statku należy mieć, żeby trzymać tutaj idealny kurs na wiatr. ( Może dla mnie wydawało się to bardziej niemożliwe, gdyż ster zdawał się być wielkościowo równy mnie ). W nieskończoność trwały nasze okrzyki zachwytu nad kolejnymi mijanymi w porcie żaglowcami. Może któregoś dnia i nam uda się zostać załogą jednego z nich.

Tymczasem ruszamy na ekspresowe zwiedzanie pozostałej części miasta. Nasze kroki kierujemy w stronę słynnego ogrodu botaniczego. Miasteczko okazuje się być przepiękne, urokliwa zabudowa, uśmiechnięci mieszkańcy i wysprzątane uliczki. Wszystko tu do siebie pasuje. Ogród botaniczny
i tamtejsza palmiarnia to rzeczywiście jedne z pięknieszych rezerwatów natury jakie widziałam. Ogromne zadaszone ogrody gromadzące dziesiątki gatunków egzotycznych roślin, przenoszą nas na chwilę w podróż w jeszcze odleglejsze krainy niż te do których udało się dotrzeć. Cel postawiony- kolejnym razem wszystko to trzeba zobaczyć w naturalnym środowisku. W drodze powrotnej na jacht musimy uzupełnić braki w wyposażeniu naszej lodówki. Ja, Kamil i Małgosia dzielnie biegając po szwedzkim hipermarkecie staramy się skompletować wszystkie najpotrzebniejsze produkty. Po niecałej godzinie nasz koszyk jest prawie pełny. Z niecierpliwością czekamy na rachunek, patrząc po cenach na półkach- zostawimy tu majątek. Oczekiwania stają się rzeczywistością, w Polsce za te same pieniądze mielibyśmy jakieś 4 razy więcej produktów. Przez chwilę zastanawiamy się więc jak dużo więcej musi zarabiać tutaj przeciętny obywatel, żeby było go stać na chleb za 8 zł i wodę mineralną za 10? W lekkim szoku wracamy z zakupami na jacht, to już czas ruszyć znów na morze. Przed nami szkiery, których już wszyscy nie mogą się doczekać. Paweł w wycieczce po szkierach wywęszył swą kolejną szansę na złowienie jakiejś świeżej rybki na obiad.

Pływamy wśród pięknych powulkanicznych wysepek z dziką przyrodą i ślicznymi małymi domkami, wydaje się jakby mieszkający tu ludzie żyli w raju. Pogoda jak na obecną porę roku naprawdę nas rozpieszcza, wiatry sprzyjają. Nie możemy oderwać się od aparatów, każdy z nas chce choć na chwilę zatrzymać dla siebie ten obraz. Udaje nam się znaleźć dogodne miejsce na zatrzymanie się na kotwicy. Paweł próbuje szczęścia z wędkowaniem, Gosia i Ania odważnie wskakują popływać w błękitnej tafli wody. Jest czas na przygotwanie obiadu- chociaż raz bez dodatkowej atrakcji w postaci kołyszącej fali. Najedzeni i wygrzani promieniami słońca wracamy do wieczornej żeglugi. Zaczarowani urokiem jednej z wysp, zatrzymujemy się jeszcze na wieczorny spacer. Na lądzie jest zaskakująco cicho i spokojnie. Opustoszałe miasteczko z małym zamkiem i willami ze snów. Każdy tu zamiast samochodu posiada swój własny jacht. Miejsce wydaje się być idealne na chwilę odpoczynku od zgiełku miasta.

Nocne żeglowanie po szkierach pozstanie w naszej pamięci jako wyzwanie dla odważnych. Wąskie szczeliny między skałami, gdzieniegdzie święcące tyczki wskazujące drogę. Mieścimy się na centymetry, pilnując kursu z dokładnością do 1 stopnia. Całonocną walkę z perspektywy poranka, wszyscy zgodnie uznajemy za dobrą przygodę. Kolejny dzień spędzamy na dotarciu do Oslo. Norwegię zaczynamy zwiedzać od widocznych z deku niewielkich fiordów otaczających drogę morską wejścia do portu w stolicy. Kilkanaście godzin później lądujemy w porcie w sercu miastu. Zmęczeni wyprawą znajdujemy siłę jedynie na prysznic, kolację i szklaneczkę rumu albo dwie...Przy dźwiękach gitary, na której Kamil wygrywa dla nas dźwięki ulubionych szant, zapadamy w upragniony sen. Kolejny dzień chcemy poświęcić na zwiedzanie miasta.

Pierwsze kroki kierujemy na wodny tramwaj mający dostarczyć nas do Muzeum Fram. Ogromna wystawa poświęcona jest wyprawom polarnym. Statki z żeglugi na najdalsze krańce świata, świetnie zakonserwowane, otwarte są do zwiedzania. Można na chwilę przenieść się w inne czasy, poczuć się jak odkrywca,  wyobrazić sobie jak musiało wyglądać tamto życie. Twórcy muzeum zadbali nie tylko o dokształcenie nas z obszernej histrorii owych wypraw, jak i przybliżenie nam z najdrobniejszymi szczegółami życia codziennego na jednostkach ekspedycyjnych, ale pokazali też warunki atmosferyczne panujące w obszarach biegunowych. Specjalnie przygotowana komora, imituje temperaturę i wizualizuje nam prawdziwie polarne, surowe warunki. Po kilku godzinach wychodzimy naprawdę usadysfakcjonowani. Miejsce warte odwiedzenia.

Organizujemy jeszcze kilkugodzinny spacer po centrum. Znajdujemy tu z Kamilem schowane w cieniu zabytków magiczne miejsce. „Drzewko szczęścia“, na którym każdy może umieścić swoje marzenie spisane na małym bileciku. Są tu kartki z całego świata, spisane z różnych językach. Uwierzyliśmy, że działa, pewnie zrobimy teraz wszystko, żeby nasze marzenie też się spełniło.

Wieczorową porą trafiamy na zamek na wzgórzu. Widok stąd jest nieziemski, miasto mieni się tysiącami świateł. Port z powiewającymi żaglami dziesiątek jachtów, wygląda z tej perspektywy wyjątkowo imponująco. Xela jest już gotowa do dalszej podróży....

Sam zamek ma w sobie też odrobinę magii, ukryte komnaty z grającymi, błyszczącymi pozytywkami w kształcie statków, figury postaci broniących każdej bramy fortecy. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na małą kawę i piwo. Znów jest to jedna z naszych najdroższych przyjemności w tym mieście. Tak tylko rozwiewając wątpliwości- kawa czarna- 20 zł, piwo lane- 50 zł.

Szykujemy Xelę do wyjścia z portu. Gdy już jesteśmy praktycznie gotowi, okazuje się, że jacht z jakiegoś powodu nie ma zasilania. Zaczynają się problemy. Męska część załogi zaczyna rozkręcać jednostkę, szukając źródła problemu. Bezskutecznie próbujemy wszystkich swoich sił, żeby udało się wyruszyć jeszcze dziś.
Po 3 godzinach znajdujemy źródkło braku wystarczającego zasilania, szkoda, że jacht musieliśmy rozłożyć już prawie na części. Szczęśliwi jak nigdy, odpalamy silnik, światła i ruszamy w drogę powrotną do Danii. Wracamy do powadzenia wacht. Śpię w dzień, żyję w nocy. Warunki męczą nas okropnie. Morze znów nas nie oszczędza. Praktycznie cały czas płyniemy pod wiatr, do tego mgła tak gęsta, że decydujemy się co 5 minut meldować swoją pozycję na radiu. Próbujemy dać znać innym jednostkom o naszym istnieniu. Zagrożenie rozpływa się po kilku godzinach razem z mgłą. Wiatr nie ustaje. Udaje mi się w nocy postawić żagle i odpuścić trochę prowadzenie na silniku. Rano lądujemy bezpiecznie w porcie w Skagen. Nie marzymy właściwie o niczym innym, jak tylko o porządnym śniadaniu. Inwestujemy w pyszne świeże ryby w porcie i ucinamy sobie kilkugodzinną drzemkę. Skagen jest przeciętnym, małym, duńskim miasteczkiem. Robimy sobie małą wycieczkę po plaży. Z tęskoty chyba za włoskim jedzeniem, którego jesteśmy z Kamilem ogromnymi fanami, na kolację wybieramy się do włoskiej restauracji na pizzę i pyszną kawę. Reszta załogi, wciąż głodna morskich smaków decyduje się na smażone ryby i owoce morza w portowej tawernie.

Kolejnego dnia rano wczesną pobudkę zapewnia nam Mariusz, który wraz ze swoją załogą zabiera Xelę w drogę powrotną do Polski.

Wyprawa nauczyła nas wszystkich pokory, radzenia sobie w najtrudniejszych warunkach. Dzięki niezwykłemu Kapitanowi wszyscy zdobyliśmy nowe umiejętności, mieliśmy okazję rozwijać się pod jego czujnym okiem. Miłość do żeglarstwa jest trudna i wymagająca, a jej prawdziwe piękno tkwi w pokonywaniu swoich barier i słabości. No i w czymś oczywistym, ale najbardziej wartościowym w odkrywaniu świata
i samego siebie...

Anna Dróżdż

Facebook
Tweet
Google
21
Listopad
2016

Listopad na Bałtyku – to duża niewiadoma. Raczej należy spodziewać się trudnych warunków i zimna. Zebrała się jednak grupka „wariatów”, którzy postanowili zmierzyć się z przeciwnościami i skosztować osławionego niedźwiedziego mięsa. 2 dziewczyny: Aga i Hania, panowie: Maciek, Paweł, Zbyszek oraz József – Węgier z Budapesztu. No i ja, jako kapitan całej imprezy.

Tydzień przed nami w podobny rejs wybrała się również ekipa 4kontynenty, pod komendą kapitana Marka Kapołki, z Mariuszem na pokładzie oraz innymi szaleńcami. Z ich opowieści wynikało, że warunki wiatrowe mieli korzystne, ale zimno, mróz – dało się im ostro we znaki. I że nie raz musieli odgarniać śnieg z pokładu. Dopłynęli do Kłajpedy i wrócili.

Tak więc w sobotę 12 listopada wszyscy spotkaliśmy się w porcie Gdynia, oni kończąc rejs, my wsiadając na ten sam jacht Quantum of Solace. W karcie jachtu: Pleasure Yacht. Przywitało nas zimno oraz nienajlepsze prognozy sztormowe na najbliższy tydzień.

Sobota okazała się być bardzo intensywnym dniem. Wymiana załóg, przejęcie jachtu, zaprowiantowanie. Dodatkowo w ekipie kapitanów zaplanowaną mieliśmy wizytę w Gdańsku, w trakcie której szczegółowo obejrzeliśmy wyciągnięty już na ląd jacht Sifu of Avon – jednostkę na której w przyszłym roku udamy się na wyprawę Arktyka 2017.

W tym dniu również na Darze Młodzieży odbyło się coroczne spotkanie Bractwa Kaphornowców, niestety przez natłok spraw nie udało mi się uczestniczyć – ale miałem okazję spotkać wielu z moich przyjaciół.

Do 18 wszystkie sprawy zostały już pozałatwiane, oddaliśmy cumy i ruszyliśmy w morze. Nowy jacht, nowa załoga, dużo niewiadomych – kurs w stronę Władysławowa, Łeby. Prognozy dawały nam jedynie szanse na dojście do Bornholmu i wątpliwą opcję na powrót.

Kiedy minęliśmy półwysep Hel i skierowaliśmy się na północny zachód, napotkaliśmy armadę 11 jachtów wracających z „Bałtyku dla odważnych”. Wzajemne pozdrowienia z licznymi znajomymi, kapitanami na radiu UKF. Poczuliśmy się przez chwilę mniej osamotnieni na morzu, to nic, że płynęliśmy przeciwnymi kursami …

Koło północy zaczęliśmy dostrzegać kuszące światła Władysławowa, zachęcające do przespania części nocy w bezpiecznym porcie. Skusiliśmy się, bo było zimno, pojawiła się już też choroba morska. Tuż przed drugą w nocy padła komenda „tak stoimy”. Poza nami nikogo. Jedyny odpowiedniej szerokości dla naszego jachtu y-bom był wolny. Nocleg, ciepło, spokój. Do rana na pewno stoimy. Co dalej? – przyniesie wstający za kilka godzin świt.

Niedziela – 13 listopada. Zdziwiona mina pana, który zamierzał przygotowywać się do demontażu urządzeń portowych, a tu mu jakiś jacht wpłynął. Spokojnie – już wypływamy, kierunek Łeba. Kiedy wychyliliśmy się zza Rozewia, wiatr i fala się wzmogła. Nie znałem wcześniej możliwości tego Dufour’a, ale przy bajdewindowych 4-5 szedł pod falę naprawdę fajnie, momentami pod 10 kt. W między czasie rozstrzygnięty został konkurs na Prezesa, tak więc reszcie trochę ulżyło. Tym bardziej, że niemal połowa z nas była pierwszy raz na morzu. Nie przeszkadzało to jednak wszystkim stawać po kolei za sterem i uczyć się prowadzenia jachtu w tych nieprostych warunkach. Ja testowałem odporność swojego ubrania na zimno. Odzież termiczna, bluza, softshell, kurtka puchowa i na to nowy sztormiak Musto. Na nogach dwie pary ciepłych skarpet oraz ocieplane kalosze Lemigo. Dawałem radę, ale zbyt dużego komfortu nie było. Może również dlatego, że od soboty dopadło mnie przeziębienie i czułem się nie najlepiej oraz byłem dość osłabiony.

W nagrodę za nasze trudy przywitał nas przepiękny zachód słońca, a gdy już  zapadł zmrok za rufą, przez chmury przebijał się rekordowej wielkości księżyc, który rozjaśniał noc. Jednak brak słońca oznaczał dla nas równocześnie znaczący spadek temperatury i zrobiło się bardzo zimno. Całe szczęście główki Łeby były w odległości kilkunastu mil, a kierunek wiatru nie wymuszał halsowania. Kiedy byliśmy już w rejonie boi podejściowej nawiązaliśmy kontakt z Kapitanatem prosząc o zgodę na wejście do mariny. Otrzymaliśmy ją, jednakże z bardzo wyraźnym ostrzeżeniem, że w ostatnim czasie wejście do portu bardzo, ale to bardzo się wypłyciło i że wewnątrz portu mamy niemal ocierać się burtą o wschodni falochron. To wąskie wejście urozmaiciła mi rozmowa z Kapitanatem portu na temat naszej bandery: Saint Vincent and the Grenadines. Czy jesteśmy polskim jachtem? O co z tym chodzi? Kiedy na koniec na pytanie czy na pokładzie wszyscy są Polakami – odparłem, że nie – to już zdziwienie było pełne … Dlatego w nagrodę przy pomoście czekał na nas partol Służby Celnej. Ale i tak wszystkie nasze kontakty z władzami portowymi były bardzo dobre. W odwiedzanych przez nas portach byliśmy jedynym jachtem. Wszyscy zauważyliśmy, że jesteśmy traktowani bardzo uprzejmie, jakby z szacunkiem, tak jakby druga strona rozumiała, że w tych warunkach pływają ludzie, którzy mają pojęcie co robią. Lub być może odwrotnie – że z wariatami nie ma co dyskutować ;-)

Poniedziałek 14 listopada przywitał nas w Łebie. Noc i przedpołudnie poświęcone na integrację. Życie na jachcie ze względu na obecność Jozefa oraz to, że już bardzo zdążyliśmy go polubić zmieniło charakter. Większość rozmów, konwersacji zaczęła biec po angielsku. Jozef w mig łapał polskie słówka i z wielkim wrażeniem obserwowaliśmy jego postępy, ale podstawowym językiem stał się angielski. Szczególnie dla mnie to była niezła szkoła, bo większość rozmów prowadziłem ja, a Jozef ciekawy kwestii żeglarskich zadawał mi wiele pytań. Kolejne więc postanowienie o nauce w zimie …

 Wcześniejsze ostrzeżenia o silnym wietrze zmieniły się na ostrzeżenie o sztormie, 8 w porywach do 9. Tak więc o Bornholmie nie było już mowy, z Łeby postanowiliśmy wrócić do Władka. „Czy znacie prognozę pogody?” zapytał na wyjściu Kapitanat i po otrzymaniu potwierdzenia wyraził zgodę na wyjście. A na zewnątrz czekały na nas fale jak domy, stan morza 5 (6), ale bardzo fajna długa, niemal atlantycka fala. Co ciekawe – kierunek fali i wiatru różnił się o kilkanaście stopni, w my szliśmy bagsztagami. Zapis w dzienniku po węgiersku: Nagy hullámok. Boldog legénység (duże fale, szczęśliwa załoga). Tak było, jazda fajna, uciekanie przed doganiającymi nas górami z wodą, góra dolina – tak aż do Rozewia, które znowu żegnało nas zachodzącym słońcem. Do Władka niedaleko, a morze zaczęło się wypłaszczać. Ze względu na sztorm ominęła nas opłata za postój, jednakże ani tu, ani w Łebie nie mieliśmy możliwości zatankowania wody, która była już wyłączona. A zbiorniki jachtowe na ukończeniu. Wieczorem kolejna partia w kości, 2 poprzednie wygrał kapitan, ale cóż – ponieważ jego kości ;-)  - tym razem odpuścił zwycięstwo w ręce pierwszego oficera, więc hierarchia zapewniona. Po dzisiejszym dniu Jozef dyktuje do dziennika jachtowego po polsku, „kurs szto szterdzieści”. Jako załoga zgrywamy się coraz bardziej, i w manewrach portowych i w życiu pod pokładem. Dzięki webasto jest bardzo ciepło. Gdyby jeszcze nie te limity na wodę …

Wtorek 15 listopada to kolejny sztormowy dzień. Ale odcinek do pokonania krótki. Do Helu wzdłuż wybrzeża. W zasadzie wymarzona żegluga, bardzo silny wiatr, ale jeszcze bez wybudowanej fali. Mimo pełnych refów mkniemy szybko, chodź do zimna zaczął dokładać się deszcz. Brr … Jak jest na morzu mogliśmy się przekonać wychylając się zza półwyspu na te ostatnie 10 Nm. Wytrzepało nas bardzo i ze względu na falę zakręt wykonaliśmy z pominięciem półwiatru. Przed nami zabieliła się helska „cebula”, a wraz z nią poszło kilka zabawnych opowieści o przygodach w tym porcie. Niemal na pełnej prędkości minęliśmy główki, aby fala nie rzuciła nas na falochron. W środku portu trochę się uspokoiło, ale nie na tyle na ile liczyliśmy. Wszystkie kutry tańczyły przy pirsach, nawet wewnątrz basenów portowych, trochę nas to zdziwiło, ale i tak musieliśmy tu zostać na noc. Y-boomy szalały, dlatego zdecydowałem się na postój long side wzdłuż wewnętrznego pirsu w basenie jachtowym. Wszystkie odbijacze na lewą burtę, cumy, szpringi i brest, ale jacht i tak bardzo skakał. Bardzo pomocny okazał się bosman mariny, który swoim samochodem przywiózł kilka opon od wulkanizatora, w bardzo dobrym stanie, tak, że mogliśmy je bez obawy wykorzystać. Pół godziny jeszcze strojenia lin wiążących nas z pirsem i to wszystko co mogliśmy zrobić. Jacht dalej się bujał do takiego stopnia, że 2 osoby zaczęły łapać chorobę morską, ale burty były bezpieczne. Zadowoleni więc i uwzględniając życzenia chorujących osób zeszliśmy na ląd i udaliśmy się na podbój Helu. Capitan Morgan niestety zamknięty, ale pozostał jeszcze Kuter. W górę szkło, znów za „cudowne ocalenie”.   I za wodę na pomoście, którą udało się napełnić puste już zbiorniki.

Środa 16 listopada – sytuacja na morzu i zatoce zaczęła się uspokajać. Na 10 rano zapowiedzieliśmy specjalne pozdrowienia dla 4k przez kamerę on-line skierowaną na basen portowy. Poubieraliśmy więc wszyscy koszulki rejsowe i odstawiliśmy niezłą szopkę ;-) Kto nas oglądał – ten wie …

Chwilę później już opuszczaliśmy gościnny port w kierunku Jastarni. Warunki panujące na zatoce pozwoliły na wykonanie szkoleń ze stawania w dryfie oraz podejścia do człowieka. Człowiekiem testującym okazał się Stefan, czyli obijacz z dowiązaną cumą. Jozef z niedowierzaniem wyrzucił go do zimnej wody, ale kiedy dostał ster, żeby go ratować metodą półwiatrową – zrozumiał w czym rzecz. Kilka manewrów się udało, kilka razy został niemal rozjechany. Cóż – tylko trening czyni mistrza.

Podbudowani ruszyliśmy do Jastarni i mijając lewą burtą Kaszycę po chwili byliśmy w basenie portowym. Nigdy tu jeszcze nie byłem, ale miejsca mieliśmy sporo. Parkowanie, toast za „cudowne ocalenie” i „won na ląd”. Wieczór w jedynej czynnej knajpie o zastanawiającej nazwie Łóżko. Nie skusiliśmy się jednak na nocleg, tylko pognaliśmy na drugą stronę półwyspu na plażę. To zaledwie dzień temu gnaliśmy tędy jachtem. Teraz to morze – oglądane od drugiej strony wyglądało inaczej. Osoby będące pierwszy raz na rejsie – wiedziały, że już ich życie zostało zmienione. Będąc kiedyś na plaży nigdy nie będą patrzyć na wodę, fale, widnokrąg w ten sam sposób. Zostały zarażone żeglarstwem, mam nadzieję, że ląd będzie ich już zawsze parzyć, tak jak mnie – taka zemsta kapitana. Nawet w noc tak chłodną jak ta. Gwiazdy nad nami, rozmowy, szum fal, a w co niektórych rękach smartfony i aplikacja marine traffic – „Widzisz te światła na morzu, tankowiec – 80 m długości, 10 kt i płynie do Gdańska”. Wszystkie światła na morzu zostały po chwili rozpoznane. A my cóż – wróciliśmy niechętnie na jacht.

Bo czwartek 17 listopada to trasa do Gdańska. Pogoda już znacznie lepsza. I temperatura zaczęła się podnosić – 7 st. To już istne szaleństwo. Spokojnie dopłynęliśmy do główek portu, w ostatnim momencie podziwiając stojące na redzie statki. Przy Westerplatte opuściliśmy banderę do połowy masztu i oddaliśmy honory na lewej burcie. Przy okazji Jozef dowiedział się, że to właśnie tu rozpoczęła się II wojna światowa i o polskim Termopile. Kanałem portowym dopłynęliśmy do zabytkowej części miasta i po minięciu Starego Żurawia stanęliśmy w marinie. Okazało się, że wybrany został niewłaściwy pomost, bo po mimo skrzynek prądu nie było. Całe szczęście w innym miejscu już był – więc po przeparkowaniu pół szczęścia po naszej stronie. Drugie pół to woda – ale jej już nie było nigdzie. Cóż – w strojach żeglarskich musieliśmy ruszyć na zwiedzanie miasta. Nasz widok przyciągał uwagę, w tym pań zapraszających/naganiających do night clubów. Skąd ten przesąd, że marynarz po to schodzi na ląd w porcie? Mężczyźni gratis, ale panie po 320 zł za obowiązkową  lampkę szampana. Nie skusiliśmy się z wielu powodów, ot choćby z braku czasu …

Gdańsk nocą wywarł duże wrażenie na Jozefie, który  wprawdzie był wcześniej 3 razy w Polsce, ale nigdy powyżej Warszawy. Powrót na jacht, tym razem gra w oczko i zielona noc, cokolwiek by to nie znaczyło … W praktyce trochę późniejszą pobudkę następnego dnia.

Ostatni dzień rejsu, czyli piątek 18 listopada zapowiadał się sztormowo. Znowu w prognozach powróciły 9. Z południa, tak więc pewni byliśmy ochrony od strony lądu. Nie było źle. Trochę wiało, ale bez przesady. Decyzja, żeby wpaść na kawę na sopockie molo pojawiła się spontanicznie i nagle. Czemu nie? Jeśli to komuś dostarczy kolejnych wrażeń. Do tego kolejna porcja manewrów portowych, która przy tej załodze stawała się przyjemnością. Ktoś nam zrobił parę zdjęć, jakiś „wywiad”, pyszna kawa. Obok resztki rozwalonego ponad miesiąc temu mola. Wszechmoc morskiego żywiołu. Ja w tym czasie pływałem w innej części Bałtyku – na trasie Gotlandia – Lipawa i też swoje odebrałem – ale nie tak. Jednak docierały do nas relacje z Polski. Bo jeśli ludzie w Krakowie nie związani z żeglarstwem wiedzieli, że na morzu sztorm – to już dużo znaczyło.

Odpływamy, przed nami ostatnie 8 Nm do Gdyni. Delikatna nostalgia, ostatnie kilka mil na morzu w tym roku. Nasze humory zdecydowanie poprawił Jozef, który przed wejściem do mariny zapytał o możliwość zgłoszenia jachtu. Kapitanat portu, bosmanat portu i w końcu marina Gdynia byli świadkami jego krasomówczych popisów po polsku. Z pełnym sukcesem. „Jacht Quantum of Solace możecie wchodzić”.  Ile w nas było dumy i radości z jego postępów trudno opisać. Nie pozostało nam już nic innego jak dopasować się do jego poziomu i błyskawicznie przy silnym wietrze zaparkować jacht. Koniec rejsu. Ostatni raz cumy na ląd. Stoimy. By z wielkim żalem następnego dnia, kiedy zdaliśmy jacht, rozstać się z sobą na wzajem i pożegnać morze.

Ten rok był intensywny. Dobrze się też zakończył. Kilkanaście rejsów, głównie po zimnym, kilka po ciepłym. Morza i oceany, wiele państw, portów, wysp. Nocy spędzonych na wachtach, zachodów i wschodów słońca i księżyca. Ciepła, deszczu, burz i sztormów oraz wspaniałego pływania. Wielu, bardzo wielu poznanych nowych wspaniałych ludzi. Planów na przyszłość. Załóg z którymi trudno się rozstać.

Z wielką wdzięcznością dla wszystkich załóg, które powierzyły w moje ręce swój czas, bezpieczeństwo, a często i życie – kończę ten rok ze szczególnym podziękowaniem dla ostatniej ekipy: Agata, Hania, Paweł, Maciek, Zbyszek, Jozef – do zobaczenia na wspólnych trasach w przyszłym roku.

Marek Rajtar

Facebook
Tweet
Google
11
Październik
2016

Decyzję o udziale w “Niedźwiedzim Mięsie 2016” organizowanym przez Sailforum podjęłam w zasadzie rok temu. Chciałam wtedy wziąć udział w rejsie do Rygi, ale już nie było miejsc i ostatecznie zostało mi weekendowe żeglowanie po Zatoce Gdańskiej. Rok temu nie wiedziałam jeszcze, że spotka mnie tak miła niespodzianka i że będę pływać pod banderą 4K i dowództwem Marka Rajtara.

Zasztauowanie (polecam zakupy on-line z dowozem do mariny), krótkie szkolenie i czas było ruszyć w drogę. Pierwszym zaplanowanym portem było Kuressaare na wyspie Sareemaa, później Kaerdla na wyspie Hiuma, a docelowo Tallinn. W sumie ok. 450 NM w linii prostej. 4 jachty miały wypłynąć razem,ale okazało się to trudne do zrealizowania i my jako pierwsi minęliśmy główki portu.

Z tego co pamiętam, październik 2015 był dość spokojnym i słonecznym miesiącem. W tym roku zaczęło się podobnie, na niebie pięknie świeciło słońce. Jedyne co nam przeszkadzało to brak wiatru. Po wypłynięciu z Górek Zachodnich, przez kilka godzin staraliśmy się rozmowami zagłuszyć dźwięk silnika. Jako że całą ekipą spotkaliśmy się po raz pierwszy, był to czas na powiedzenie przysłowiowych kilku zdań o sobie. Od samego początku darzyliśmy się ogromną sympatią i już wtedy zaczęliśmy stanowić zgraną załogę. Ach to wbijanie szpileczek, z których każda zamiast kłuć, wywoływała coraz więcej śmiechu :-)

Pierwsze godziny przebiegały spokojnie. Gdy mijaliśmy rosyjską strefę ekonomiczną, zaczęło wiać, a my mogliśmy w końcu postawić postawić żagle i cieszyć się już tylko szumem morza. Wiatr zaczął przybierać na sile, fale bujały, a Neptun zebrał swe pierwsze żniwa.Kapitan zdecydował, że zamiast halsować się w kierunku północno-wschodnim, popłyniemy w stronę Gotlandii.

Jeszcze kilka miesięcy przed rejsem patrząc na mapy pilotowe, nie sądziłam, że po raz kolejny w tym roku odwiedzę Szwecję. Statystycznie był to dość mało prawdopodobny wariant. W październiku powinniśmy się raczej spodziewać wiatru z południowego-zachodu, więc płynąc baksztagiem szybko powinniśmy dotrzeć do Kuressaare. Statystyki jednak bywają mylne i aby osiągnąć zamierzony cel, mielibyśmy “mordewind”. Nasz cel zaczął się oddalać, a my chwilę później poznaliśmy prawdziwy powód takiej sytuacji. Dwóm naszym kolegom w ciągu kilku ostatnich rejsów nie udało się zrealizować planowanej trasy, więc tym razem nie mogło być inaczej :-)

Warunki robiły się cięższe, prędkość wiatru wzrastała, a my się refowaliśmy. Po wielu godzinach żeglugi, naszym oczom ukazał się ląd. Było już ciemno i padał deszcz, więc był to idealny moment na przybicie do portu. Przy samym podejściu kapitan zaangażował większość z nas. Boje podejściowe nie świeciły, więc wyszukiwaliśmy ich za pomocą latarek. Porcik, do którego dopłynęliśmy - Roneham był raczej portem rybackim i daleko mu do Visby leżącego po przeciwnej stronie wyspy. Nam jednak zdecydowanie bardziej odpowiadał, ze względu na dalszą część naszej trasy.

W ciągu kilku minut od zacumowania, przy naszym jachcie zjawiła się szwedzka policja. Sami jednak nie wiedzieli, co z nami zrobić i musieli wykonać telefon do przyjaciela (patrz szefa). Po sprawdzeniu dokumentów, chwilę porozmawialiśmy i policyjna para musiała nas opuścić. Nam udało się znaleźć prysznic z ciepłą wodą, więc mogliśmy się wykąpać. Chcieliśmy wyjść z portu o świcie, więc trzeba było szybko iść spać, by trochę odpocząć.

Gdy się obudziliśmy, było jeszcze ciemno. Kolejny dzień powitał nas tęczą i cudownym wschodem słońca już na morzu. Przy każdym wschodzie przypominają mi się słowa z Małego Księcia: gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca (Antoine de Saint-Exupéry). Na morzu już tak mam, że bardziej kocham wschody. Może dlatego, że tam wszyscy przeważnie są jacyś tacy szczęśliwsi i mimo zmęczenia bardziej uśmiechnięci, a może po prostu przez to, że wkrótce nastanie dzień i powinno zrobić się cieplej, a ja jestem raczej ciepłolubna ;-)

Z każdą minutą oddalaliśmy się od portu i rozwiewało się coraz bardziej. Siła wiatru wzrosła do 8-9B. Za sprawą kilkumetrowych fal, stanie za sterem nie było już takie proste. Prawdziwe niedźwiedzie mięso: wiatr, fale, bryzgi, zimno i morko.  Fale zalewały sternika schowanego za sprayhoodem, kapitana zmoczyło przy refowaniu żagli. Była to walka nie tylko z żywiołem i własnym zmęczeniem, ale i jachtem, który nie chciał płynąć tak ostro jak my byśmy chcieli. Posiadał on dość duży kąt martwy i dopłynięcie na żaglach do zaplanowanego Ventspils (Windawa) było nieosiągalne. Dla wachty każde światełka pojawiające się na horyzoncie były nadzieją na port.

W taki właśnie sposób dotarliśmy do Liepiaji (Lipawa). Na mapach nie było zaznaczonej mariny, więc przenocowaliśmy w porcie rybackim. Niezbyt ciekawe otoczenie i brak prysznica skłoniło nas do poszukiwania lepszego miejsca, tym bardziej że prognozy pogody zapowiadały dłuższy postój. Znaleźliśmy marinę i przestawiliśmy się do niej. Jak się okazało cumował tam również Wołodyjowski i od razu zrobiło się raźniej. Przyjaciele odebrali od nas cumy i poinformowali o centrum SPA za 1 euro. Basen, sauna i jacuzzi były idealnym pomysłem.   

Pogoda przez kolejne dni nas nie rozpieszczała i zatrzymała w porcie. Tylko tawerny mogą kiwać nas bezpiecznie, więc wychodzenie w sztorm 10-11B nie wchodziło w grę. Mimo dłuższego postoju, spędzony czas wspominam bardzo miło... Spacery po okolicy i na plażę, dobre jedzenie w knajpie i pyszne ciasta na jachcie, wieczorne integracje załóg, śpiewanie szant na UKF-ce (spokojnie, nie na 16-tce), a później spotkania w mesach.

Jednego dnia wypożyczyliśmy samochód, żeby zwiedzić trochę Rygę. Odwiedziliśmy również załogi pozostałych 2 jachtów, które dotarły do Ventspils. Na nudę nie mogliśmy narzekać, a zaleźliśmy też czas na zakupy.

Nasz kapitan wspominał, że z każdego portu przywozi magnes na lodówkę. Dziwnym trafem w rozmowie zrozumiałam że chodzi o magnez taki z apteki i chciałam go tam wysłać, żeby kupił sobie lekarstwo-pamiątkę. Pokładowa loża szyderców nabijała się z tego do ostatniej chwili, ale dzięki temu nasz niepowtarzalny kapitan ma coś co się odróżnia na jego lodówce- niepowtarzalną pamiątkę z niepowtarzalnego rejsu z niepowtarzalną no i raczej skromną ekipą.

Po stosunkowo niedużej ilości godzin jakie spędziliśmy na morzu- było ich 52, można by czuć żeglarski niedosyt, ale nie jest to aż tak ważne, bo najważniejsze to w odpowiedniej być załodze :-) Nastąpiła chwila pożegnań, ostatnich zdjęć i powrotu do domu. Niektórzy z nas mają już zaplanowane kolejne rejsy, inni dopiero na spokojnie o nich myślą.

Może kiedyś znów będzie nam dane popłynąć gdzieś razem i zjeść ciasto upieczone tym razem przez męską część załogi.

Agata Kos

Facebook
Tweet
Google
1
Październik
2016

Fundacja 4 Kontynety i SailForum zapraszają na wspólny rejs na Wschód na trasie Gdańsk – Tallin – Gdańsk. Rejs będzie odbywał się na 4 jachtach. 4 Kontynenty popłyną na „Bystrze”.

I etap: Gdańsk – Tallin w dniach 01.10 – 07.10 poprowadzi kpt. Marek Rajtar. II etap: Tallin – Gdańsk w dniach 08.10 – 15.10 poprowadzi kpt. Marek Kapołka.

Planujemy w 4 jachty wspólnie dopłynąć do stolicy Estonii - pięknego Tallina, nazywanego przez niektórych miastem szpiegów i cynamonu. W trakcie obu tras przemierzymy Morze Bałtyckie wzdłuż Obwodu Kaliningradzkiego, Litwy, Łotwy, Finlandii i wreszcie Estonii przepływając przez Zatokę Fińską oraz prawdopodobnie Ryską.

Określenie „niedźwiedzie mięso” pochodzi z książki "Bellew Zawierucha" Jacka Londona, a oznacza pokonywanie trudności ponad codzienną miarę. Tego można się spodziewać po rejsach na Bałtyku w tym okresie. Może być wietrznie, sztormowo i kapryśnie. Jednakże doborowe towarzystwo, dzielne jachty oraz doświadczeni na pokładach żeglarze postarają się sprostać wyzwaniom. Wszak to właśnie kiedy do skandynawskich portów jesienią wpływają jachty, gospodarze są już przekonani, że najprawdopodobniej muszą to być Polacy.

Miesiąc później 4 Kontynenty na SIFU planuje kolejne 2 rejsy na po naszym morzu, pozostaje więc je nazwać „stare niedźwiedzie mięso”.

Dla nas te rejsy są jednym z ostatnich sprawdzianów przed planowaną na przyszły rok wyprawą Arktyka 2017.

MR.

Facebook
Tweet
Google
16
Wrzesień
2016

Przygotowany przez ostatnie 2-3 miesiące rejs na trasie Amsterdam – Fryzja – Jutlandia – Norwegia – Skagen (wszystko zapięte na ostatni guzik)  jak domek z kart rozbiła w jednej chwili poważna awaria silnika na Bystrzu. Zamieszanie, kilkadziesiąt telefonów i szybkie decyzję na kilkanaście godzin przed wyjazdem. Płyniemy z Gdańska do Skagen odwiedzając po drodze najwięcej ile się da: Danię, Szwecję, Norwegię. Załoga w składzie: Kamil, Bartek, Gosia, Weronika, Paweł, Kamila, Ania i Ania – potwierdziła. Mimo zmiany trasy, jachtu – płyniemy !!!

Tak więc poranek niedzielny 28 sierpnia po całonocnej podróży zastał nas w marinie Górki Zachodnie, gdzie czekała już  Xela, która dzień wcześniej z ekipą z 4K wróciła ze Szwecji. Szybkie powitania, znajome twarze, zaprowiantowanie, przygotowanie jachtu do wyjścia – bo czas nas goni. Dziś w nocy ma przyjść sztorm, który jeśli szybko nie ruszymy – przytrzyma nas na kilka dni.  Prognoza na najbliższy czas niekorzystna – wiatry zachodnie – a więc „w mordę”, ale to jak się później okaże standard tego etapu. Oddajemy cumy i ruszamy, w planie: dojść do Władysławowa.

Po kilku godzinach lądujemy w przyjaznym Władku, który z racji ostrzeżeń przed sztormem staje się portem schronienia. Poniedziałek upływa więc pod znakiem integracji, sabotażysty, nalewek Weroniki,  zapoznania z sobą i jachtem, ostatnich zakupów. Meteo na najbliższe dni wciąż bezlitosne: 6-7 W, stan morza 4-5. Wybór dogodnej trasy, jakby nie kombinować ostra halsówka i wychodzi, że żeby dojść do Sundu musimy w poprzek przepłynąć Bałtyk 7 razy ;-). Ale cóż – może coś odkręci, może uda się pójść ostrzej …

Tak więc we wtorek 30 sierpnia o godzinie 10 żegnamy gościnną marinę we Władysławowie i ruszamy w morze. Warunki ciężkie, kładziemy się lewym bajdewindem na w pełni zrefowanych żaglach i  walcząc z kilkumetrową falą idziemy NNW. Kto z załogi nie zdążył wyjść na pokład już mu się to nie udało … Neptun zebrał żniwo niemal od wszystkich, na pokładzie pracujące cały dzień 2-3 osoby. Oj rzucało nami ostro i po 6 godzinach zrobiliśmy zwrot przez sztag kierując się w stronę Łeby. Decyzja co dalej podjęta będzie w nocy. Kilka usterek, pęknięte szekle, mocowania sztagu oraz bardzo zły stan większości załogi, dla której był to pierwszy poważny „chrzest morski” sprawiły, że zdecydowałem się na kilkugodzinny postój w Łebie. Cumujemy po 1 w nocy. Wreszcie odpoczynek i czas na konieczne naprawy. Te kilka godzin pozwoliły przywrócić do życia wszystkich …

Środa 31 sierpnia, żeby nie tracić zbędnego czasu po 9 ruszamy w morze. Wiatr już trochę słabszy, morze spokojniejsze, jednak kierunek dalej niekorzystny. No i jak tu twierdzić, że gentelmani nie pływają pod wiatr? Jednak, przy wcześniejszych dniach, już wszystko wygląda łagodniej. Wachty normalnie pracują, udaje się ugotować obiad, przepiękny zachód słońca, Kamil nawet wyciągnął gitarę. Kiedy słońce gaśnie w morzu nad nami rozpościera się malowniczy pejzaż gwiazd, którym wyścielone jest całe niebo … Ech, jest pięknie.

Noc upływa na trawersowaniu Bornholmu od północy. Ze względu na prowadzone na wschód od wyspy manewry statków NATO - dość szerokim łukiem.  Nasłuchiwanie komunikatów z radio Witowo, ale cóż tu słuchać – jak i tak wiemy, że od zachodu ;-). Świt wita nas na rucie, zaczyna się czytanie światełek statków, kursów kolizyjnych, zabawa – coś się dzieje. No i powoli zaczynamy zbliżać się do wybrzeży Szwecji – za kilka godzin, halsują się mamy szansę osiągnąć wysokość Ystad. Inną opcją kurs na Kołobrzeg. Trzymając się jednak szwedzkiego wybrzeża powoli pniemy się na zachód. Po drodze jakaś burza, ale jak już utarło się powiedzenie na pokładzie: konsekwentnie, cały czas naprzód.  Tak mija czwartek, pierwszy dzień września.

Piątek, 2 września – niektórzy z nas powinni właśnie witać się ze szkołą, ale nocne godziny i z nimi upływające mozolnie mile, sprawiły, że wreszcie osiągnęliśmy Sund i idąc wzdłuż ruty wreszcie możemy zmienić kurs na N. Pierwszy raz korzystne wiatry, nabieramy szybkości i zbliżając się do wybrzeży Danii obserwujemy z daleka majestatyczny Oresund Bridge oraz farmy wiatrowe. Podejście do Kopenhagi jest niesamowite. Slalom pomiędzy promami z mnóstwem samolotów nad głową, ocierających się niemal o maszt – zrobił na nas duże wrażenie. Nasza wsparcie brzegowe (dzięki Mariusz!) wskazało nam kameralną marinę Langeline, w samym centrum Kopenhagi, tuż przy syrence. Krótkie manewry portowe, cumy na ląd i „tak stoimy”. Godzina 12 – czyli po ponad 2 dobach non stop w morzu suchy ląd. Trzeba było to uczcić toastem, no i oczywiście ciepłym prysznicem w marinie. Miejsce bardzo nam się spodobało, marina w kształcie okręgu, w którym jachty parkowały wzdłuż jego promieni, zakładając cumy rufowe na bojkę, a dziobowe na ląd. A więc Dania i jej stolica, na której zwiedzanie planowaliśmy poświęcić niecałą dobę (cóż, czas nas gonił).

Kopenhaga okazała się być ładnym miastem, pociętym jak Amsterdam licznymi kanałami. Jednakże dla osób które tak jak ja niedawno odwiedzały Sztokholm może być delikatnym rozczarowaniem. Zrobiliśmy jednak długi, do godzin późnowieczornych spacer po jej najważniejszych częściach. Klimatyczny kanał Nyhavn, zamki, katedry, główne ulice, Street Food oraz ogrody Tivoli. Tam znaleźliśmy lokalną knajpkę, która specjalizowała się w stekach. Jedzenie smaczne, ceny wygórowane, ale rozczarował nas poziom obsługi. Cóż ….

W drodze powrotnej spotkaliśmy na mieście załogę Barlovento II, która wraz z kpt. Rysiem Wyką wracała z Norwegii. Kilkanaście minut rozmowy, bardzo miłe spotkanie zakończone zaproszeniem na ich jacht, który przycumował w tej samej co my marinie. Tak więc następnego dnia rano odwiedziliśmy gościnne Barlovento, gdzie poczęstowano nas kawą i czymś do niej. Miałem również przez to okazję odszukać w każdym zakamarku jachtu wspomnienia z rejsu po wodach wschodniej Grenlandii.

Jednakże zbliżało się już południe, a przed nami trasa do Goteborgu. Trzeba było pożegnać znajomych i ruszyć dalej. Po wyjściu z portu postawiliśmy genuę i okazało się, że jej klejone warstwy puściły i żagiel nie nadaje się do dalszej żeglugi. Cóż, trzeba było zawrócić i szukać pomocy w pobliskich marinach. Pierwsza nic, druga również, sobota po południu nie jest dobrym czasem do poszukiwań kogoś, kto poskleja nam żagle. Mając w perspektywie 2-dniowy postój sami przystąpiliśmy do naprawy. Przydały się przyrządy nawigacyjne do precyzyjnego wyznaczenia miejsc dziur do ściegu i po chwili na 2 igły rozpoczęliśmy szycie. Ktoś zanucił: „Hej, me bałtyckie morze … żagle pięknie cerować” i po 2 godzinach pracy byliśmy gotowi do dalszej żeglugi. Warunki świetne, połwiatrowo-baksztagowe 4-6, co jakiś czas fala zalewająca kokpit,  Kamila przelatującą przez całą messę, jednak prawdziwa jazda, radość z pływania. W środku nocy mijamy wrota pomiędzy Helsinborgiem  a Helsingorem z mitycznym zamkiem Kronborg. Po jakimś czasie zaczyna prowadzić nas latarnia na przylądku Kullen, płynąc skrajem ruty mijamy się z licznymi statkami. Po kilku godzinach wypływamy na szerokie wody Kattegatu. Wiatr sprzyja, fala coraz większa, kurs na Goteborg, przed nami jeszcze jakieś 90 mil. Późnym popołudniem w pobliżu półwyspu Moenster znajdujemy zaciszną zatoczkę, w której łapiemy trochę odpoczynku cumując do boi, jemy obiad, a zauroczone miejscem Gosia i Ania biorą kąpiel, w odczuciu mojego zanurzonego małego palca, w lodowatej wodzie.

Wieczór  4 września – zastał nas przy wejściu do Goeteborga, udało się skrócić trasę płynąc pomiędzy szkierowymi wysepkami. Zaplanowaliśmy znowu postój w samym centrum, w marinie Lilla Bommen, a więc czekała nas prawie 2h podróż w gorę rzeki Gota. Zachwyciliśmy się tym podejściem, podświetlone zachodzącym słońcem oraz rozpalającymi się latarniami i światłami rzędy kamienic i instalacji portowych. Nad nami most Alvsborgbron, który zmusił ze względu na swój niewystarczający prześwit do postoju na redzie Dar Młodzieży w trakcie odbywającego się właśnie Nord Sea Tall Ships Regatta. O godzinie 22 przycumowaliśmy w bezpośrednim towarzystwie żaglowca Viking. I nadszedł czas na nocny spacer po Goteborgu, zakończony wizytą w jedynym otwartym pubie, gdzie udało nam się kosztować miejscowe piwa. Goteborg nocą bardzo nam się spodobał, jednak zdziwiły nas totalnie wyludnione ulice. Powrót na jacht i szybka, krótka drzemka.

Poniedziałek, 5 września– zaplanowaliśmy dalszy start na godzinę 14, a więc było kilka dobrych godzin na zwiedzanie. Rozpoczęliśmy od parady żaglowców, gdzie wśród licznie zgromadzonych jednostek wyróżniał się Fryderyk Chopin. Uzyskaliśmy zgodę kapitana na zwiedzanie, paru znajomych na pokładzie, kilka pamiątkowych zdjęć i dalej. Darmowym promem na drugą stronę rzeki i spacer głównymi ulicami w stronę palmiarni. Po drodze polowanie na magnesy z nazwą miasta. Część załogi wybrała się do marketu celem doprowiantowania, cóż – już tu musieliśmy się pogodzić, że będzie coraz drożej. Ja musiałem przeznaczyć niemal 2h na wprowadzenie karkołomnej trasy przez leżące na północy szkiery, które planowaliśmy pokonać nocą. Wyszło koło 300 waypointów. Będzie fajnie.

Wystartowaliśmy o 14. Jeszcze rundka honorowa wzdłuż wszystkich żaglowców i czas ruszać w morze. W dali, na końcu ujścia rzeki Gota zamigotał nam Dar Młodzieży. Ostry skręt w prawo, no i wpływamy w strefę szkierów. Ta trasa zostanie nam na długo w pamięci. Zaczęło się sielankowo, krajobrazem wysepek z malowniczo położonymi mieścinami, czas zaczął płynąć powoli. Trudno było się nam oprzeć temu urokowi, więc najpierw w lokalnej marinie zaparkowaliśmy na szybki obiad. Potem trasa stawała się coraz bardziej malownicza, coraz węższe przejścia, wypłycenia, wszystko to w zachodzącym słońcu wyglądało niesamowicie. Kiedy zapanował zmrok znaleźliśmy kolejny porcik na wyspie Marstrandson, z górującym nad nim zamkiem. Kolacja, szybkie zwiedzanie – no i czas ruszać dalej. Przygoda dopiero się rozpoczęła. Kilkaset skrętów pomiędzy maleńkimi wyspami, skałami, wszystko już w totalnych ciemnościach. A ponieważ ploter był na dole w messie zaczęło się precyzyjne sterowanie. „2 stopnie w prawo, kolejne 2 stopnie w prawo, trzymaj, teraz 90 stopni w lewo”. Szlak był częściowo oznaczony, jednak zdecydowana większość boi nie świeciła. Dlatego jedna osoba z latarką cały czas przeszukiwała wodę przed nami. „Widzisz ten zielony odblask? Prawą burtą. Za nim następny – czerwony.  Jego lewą i za nim ostry skręt”. Były miejsca gdzie musieliśmy się zatrzymać i bardzo powoli pokonywać ostre zakręty. Czasami latarnie sektorowe, a o tym, że ktoś nie potrafi zinterpretować kardynałek – nawet nie można było myśleć. Prawdziwa szkoła nawigacji, zaufania, precyzyjnego sterowania. I tak do 4 rano. Bardzo, bardzo męczące, przez te 8 h pełne skupienie. Ale wielka frajda, szczególnie kiedy ze świtem opuściliśmy ten slalom i już bardziej pełnym morzem skierowaliśmy się ku Oslo.

Tam na zewnątrz odebraliśmy nagrodę od Neptuna. Baksztagowa 7 poniosła jak na skrzydłach naszą dzielną Xelę. Lecąc na samej genule momentami rozwijaliśmy prędkości  prawie 12 węzłów. Tak więc szybko, pod wieczór, uciekając przed burzą weszliśmy w Oslo Fiord. Po obu stronach pojawił się ląd, a na nim malownicze norweskie domki, latarnie, przystanie. Przed dziobem pojawili się wind i kite surferzy. Okrążyli nas kilkukrotnie, a my pognaliśmy dalej. Wraz z zachodem, za kolejnym zakrętem zaczęło wyłaniać się Oslo. Położone na opadających do morza wzgórza wyglądało dostojnie. Jeszcze kilka zwrotów i wpłynęliśmy do samego centrum, w pobliżu Ratusza, Opery, przepięknie wkomponowanych w to nowoczesnych budynków. Czyli do mariny Aker Brydgge. Porwisty wiatr i fakt, że nasz jacht poprzez nietypowe umiejscowienie śruby nie lubi manewrów portowych nie specjalnie przeszkodził nam w parkowaniu. Godzina 20 – ostatnia cuma na lądzie. Co było dalej, niewiele pamiętam. Zmęczony kolejną nieprzespaną nocą, tym razem w szkierach oraz bardzo intensywnym dnie po prostu padłem. Zycie na jachcie rządzi się swoimi prawami, szczególnie na Xeli. Jedna przeciekająca kabina dziobowa, a w niej najtwardsze dziobaki: Gosia i Weronika, 2 kabiny rufowe z Anią, Kamilem, Kamilą i Bartkiem, no i oczywiście messa. Czyli z jednej strony miejsce do spania dla Ani (grzecznie ułożonej na górnej półeczce), Pawła i mnie. No i oczywiście centrum wszystkiego co się da, zaczynając od życia jachtowego, miejsca spożywania posiłków i imprez, poprzez bakisty wypełnione jedzeniem oraz składowisko sztormiaków, aparatów, mnóstwa różnego rodzaju szpejów – gdzie walka o utrzymanie porządku jest pracą niemal syzyfową. Tym bardziej gdy przez cały czas rzuca, sztorm fartuchy sprawują się średnio i często próbując przymknąć na chwilę oko kładłem się na podłodze, gdzie po za kapiącą z forluków  wodą i ryzykiem bycia rozdeptanym można było znaleźć jakiś spokojny kąt. W takich oto okolicznościach, pomimo tego, że załoga świętowała tradycyjne już „cudowne ocalenie” tuż nad moją głową usnąłem. Ktoś tam jeszcze próbował przez sen częstować mnie wędliną, ale z marnym skutkiem. Sen – przyjaciel żeglarza, kapitana …

Środa, 6 września. Oslo. Trudno porównać dotychczas odwiedzone miasta. Ale chyba Oslo wywarło na nas największe wrażenie. Już od samego rana, po dobrym śniadaniu rozpoczęliśmy zwiedzanie. To co w nocy, oświetlone światłami wyglądało pięknie – nie straciło swojego uroku za dnia. Jak ułożyć plan zwiedzania, mając niespełna jedne dzień?  Ze względu na to, że planujemy w przyszłym roku wyprawę Arktyka 2017 oraz jakiś czas później wyprawę na Antarktydę musieliśmy rozpocząć od zwiedzania muzeum wypraw polarnych i arktycznych Fram. Tam, pośrodku różnych ekspozycji stoi zachowany w całości legendarny statek Fram (Naprzód), na pokładzie którego odbyły się wyprawy do Arktyki i Antarktyki. Cóż – trzeba przyznać, że oglądając osiągnięcia norweskich polarników jest czego zazdrościć. Jednak – współczesna nam historia stawia polskich żeglarzy na czele odkrywców biegunów, a przecież wszystko jeszcze przed nami. Nie przypadkowo wśród Norwegów, Duńczyków, Szwedów zrodziło się przekonanie, że wchodzący w trudne listopadowe, grudniowe miesiące do ich marin jacht musi być z Polski.

Wracamy promikiem znowu do centrum i rozpoczynamy dalszy spacer. Magnes upolowany (hurra), klimatyczne uliczki, mnóstwo pięknych zabytków, sporo zieleni, no i ludzie. W naszym przekonaniu „wylajtowani”, spokojni, siedzących w licznych knajpkach, rozmawiający … Taki mija popołudnie i wieczór. W nocy znowu płyniemy, więc czas musimy spędzać intensywnie. W końcu znajdujemy pub, w którym piję swoje najdroższe do tej pory piwo. Norwegia jest bardzo droga …

Kiedy o północy przygotowujemy jacht do wyjścia odkrywamy poważna awarię. Nie działają światła nawigacyjne, przyrządy, ploter, siada oświetlenie. No i zaczyna się zabawa. Najpierw panel kontrolny, bezpieczniki, styki, kable. Gdy to nie daje efektu zaczynamy wędrować tropem rozchodzących się po jachcie we wszystkie strony kabli. Kiedy po dwóch godzinach intensywnej pracy i rozebraniu niemal całego jachtu znajdujemy przyczynę – nie wiem czy śmiać się czy płakać. Ktoś przez pomyłkę wyłączył ukrytą w jednej z bakist wtyczkę do ładowania akumulatorów, zamiast sąsiadującej z nią wtyczki od bojlera. No cóż – ale poznaliśmy jacht niemal od podszewki ;-). Szybkie podładowanie akumulatorów i płyniemy. Druga w nocy.

Rankiem wychodzimy z fiordu i szukamy wśród norweskich wysepek miejsca na chwilowe stanięcie na kotwicy. Obiecałem Pawłowi okazję do łowienia dorszy. Ma to być też nasze pożegnanie z Norwegią. W trakcie postoju piszemy list z podaniem miejsca, czasu, kim jesteśmy oraz z kontaktem. Obiecując sowitą nagrodę temu kto odnajdzie butelkę z umieszczonym w niej listem. List napisany, potrzebna butelka. Całe szczęście zapodział się gdzieś Capitan Morgan, nie pusty. Tak więc toasty za nasz rejs, pożegnalne z Norwegią i zalakowania butelka ląduje w morzu. Gdzie dojdzie i czy ktoś ją znajdzie – czas pokaże.

Przed nami ponad sto mil do Skagen. Na południe. To dobrze się składa, bo właśnie wiatr wieje z południa. I pogoda ma się pogarszać. Po kilku godzinach, gdzieś na środku Skagerrak’u oraz przy okazji trasy statków dopada nas gęsta mgła. Widoczność spada do minimum. Nasz jacht nie posiada ani AIS’a, ani radaru.  Wydaje się, że z każdej strony może wychylić się jakiś prom i nie będzie wiele czasu na reakcję. Dlatego podwajamy wachty i dzieli widnokrąg na sektory dla poszczególnych obserwatorów. Włączamy wszystkie możliwe światła i zaczynamy co 10-15 minut przez UKF meldować ostrzeżenie, swoją pozycję, kurs i prędkość. Nic więcej nie możemy zrobić. Jest napięcie. Po 2-3 h całe szczęście wychodzimy z mgły i widoczność się poprawia. Równocześnie rozbudowuje się fala i tężeje wiatr. Niestety od dziobu. Czeka nas ciężka noc oraz niezły rollercoaster. Pewne jest, że nikt nie ma szansy na spanie. Godzina za godziną, mozolna walka, powoli ubywające mile. Wypatrujemy przed sobą latarni na przylądku przy Skagen. Zaczyna się zabawna dyskusja, że ponoć na łączeniu mórz tworzy się gigantyczna ściana z fal, nawet wypiętrzająca się do kilku metrów. No i jak my to przejdziemy ;-). Wiatr wciąż 5-6 S, stan morza 5. Odliczamy sekundy pomiędzy kolejnymi dużymi górami i dolinami. Ktoś chciał góry na morzu? W jednym pakiecie wszystko.

Ja jednak z podziwem patrzę na swoją załogę. Bo prawie 2 tygodnie wcześniej w podobnych warunkach zmiotło niemal wszystkich pod pokład. Dziś to co innego, po prostu: trudne marynarskie życie …

Piątek, 9 września. Wraz ze świtem pojawia się w oddali ląd, jesteśmy blisko. Dostrzegamy kilka statków stojących na redzie. Podejście do Skagen, coś się nie zgadza, nie pasują światła, główki portu jakby w innym miejscu. Płynąc po chwili przypominam sobie, że ktoś mi mówił, że dobudowano cały nowy pirs. A więc należy zaufać oznakowanemu szlakowi i zapomnieć na chwilę o nieaktualnych w tym miejscu mapach nawigacyjnych. Wreszcie port, tankowanie paliwa i o 0920 stajemu longside w marinie przy ul. Fiskehuskajen, w miejscu z charakterystycznymi dla Skagen domkami, sklepikami, restauracyjkami. Mamy niecałą dobę do przyjazdu następnej ekipy 4K. Pyszne śniadanie z wędzonymi rybami zakupionymi w pobliskim sklepiku. Zarządzony do 14 sen dla wszystkich. Trzeba trochę odpocząć, by móc resztę czasu przeznaczyć na spakowanie i klar na jachcie. W nagrodę fundujemy sobie długi spacer na zachód słońca na przylądku, który jest końcem Danii oraz tam gdzie stykają się wody Skagerrak’u i Kattegat’u. Jest pięknie, a dodatkową atrakcją jest stado wylegujących się beztrosko fok, którym niemal wszyscy staramy się nie zakłócać spokoju. Wracamy do miasta i na pożegnanie siadamy w knajpce bezpośrednio położonej przy naszym jachcie. Zamawiamy kolację, pyszną zupę z krewetkami oraz rybę. Duńskie piwo smakuje również wyśmienicie.

Sobota, 10 września. Obudziło nas wczesnoranne dreptanie po naszym pokładzie. Przyjechali, kilka godzin wcześniej. Wymiana umówiona została na godzinę 9, trudno, pomimo przerwanego snu, nie cieszyć się widokiem przyjaciół i znajomych. Mariusz, Paweł, Kasia, Aga, inni. Za nimi też długa i męcząca podróż. Cześć z nich poszła na spacer, cześć dosypia w samochodzie, a z resztą dzielimy się naszymi wrażeniami.  O 9 przekazujemy jacht, życzymy powodzenia. Koniec naszego rejsu. Wsiadamy do busa, a przed nami powrót do Polski.

Dziękuję moje ekipie za wspólny rejs. Oficerom: Kamil, Gosia, Paweł, Ania – dzięki Wam nie raz mogłem spokojnie i bezpiecznie próbować spać, nawet w tych trudniejszych warunkach. Bartek, Weronika, Kamila i Ania – za dobrą atmosferę, współpracę. Wam wszystkim za to, że udało nam się stworzyć fajną załogę i rejs się udał. No i ekipie 4 Kontynenty (przede wszystkim Mariusz, Marek) za wsparcie z brzegu.

Marek Rajtar

Foto: Marek Rajtar i Małgorzata Sokołowicz

Facebook
Tweet
Google
27
Sierpień
2016

4 Kontynenty na SY Bystrze pod dowództwem kpt. Marka Rajtara wyruszają z Amsterdamu w trasę odwiedzając 4 państwa basenu Morza Północnego: Holandię, Niemcy, Danię i Norwegię. 2 tygodnie rejsu w trudnym akwenie (prądy i pływy, routy, tysiące znaków, świateł nawigacyjnych) to doskonała nauka nawigacji i bardzo praktyczne jej zastosowanie. Nagrodą za to będą piękne, klimatyczne miejsca. Po drodze zamierzamy odwiedzić cudowne wyspy wschodniej i zachodniej Fryzji oraz Morza Wattów (na liście UNESCO).
Po postoju na Helgolandzie zwiedzamy wyspy fryzyjskie, tym razem ich północna część. A następnie wzdłuż zachodniej Jutlandii, nazywanej „perłą Morza Północnego” na północ.
Jeśli czas i Neptun pozwoli – to przez Skagerrak – do przepięknych norweskich fiordów. Czy wystarczy sił i możliwości by na północ dojść aż do Stavanger?
Rejs kończymy znów pokonując Skagerrak, w duńskim końcu świata – Skagen. Tam następna ekipa 4K rozpoczenie kolejny etap w drodze do Polski.

(brak wolnych miejsc)

MR.
 

Facebook
Tweet
Google
3
Lipiec
2016

Na pokładzie s/y Wołodyjowski na organizowanym przez Agatę Kos rejsie zebrała się fajna ekipa zaprzyjaźnionych osób. W nocy z piątku na sobotę zaczął się rejs, którego zwieńczeniem miał być udział w paradzie jachtów i żaglowców w ramach Baltic Sail 2016.

Sobota okazała się dość ciekawym dniem. Po wyjściu z Jacht Klub Północny pożeglowaliśmy za Hel. Zaczęło się od upalnego południa, ale w ciągu dnia przetaczały się nad nami burze. Nie przeszkodziło to nam jednak fajnie pożeglować, poćwiczyć „człowieka za burtą” oraz wypróbować środki pirotechniczne. Ale późnym wieczorem przyszedł sztormowy front. Już witaliśmy się z Helem, by przeczekać trudne warunki, kiedy nagle, w jednej chwili uderzyła w nas 9. Grot poszedł w strzępy, urwana dryfkotwa. No i poszło za burty na cumach wszystko co było: opony, drabinka, pojemnik na wodę, skrzynki na warzywa, a nawet kosz na śmieci. Wszystko po to, aby zmniejszyć dryfowanie i uzyskać niezbędny czas na konieczne naprawy. Po 4 h dryfowania założyliśmy zapasowego grota, no i podjęliśmy próbę powrotnego halsowania do Helu. Udało się tego dokonać o świcie następnego dnia, kiedy o 4 rano weszliśmy do portu.

Po 2 godzinach szybkiego postoju i niewystarczającego odpoczynku musieliśmy opuścić gościnną keję i ruszyć w drogę powrotną. Warunki zdecydowanie się poprawiły i można było bezpiecznie zmierzać na Motławę w Gdańsku, gdzie miały się odbyć główne uroczystości. Wchodząc w główki portu z dumą mijaliśmy wychodzące w morze jachty, gdyż mieliśmy za sobą wspaniałą żeglarską przygodę.

Po zrobieniu kursu aż pod sam Żuraw i pozdrowieniu tłumów turystów oraz znajomych z pozostałych jachtów obraliśmy kurs powrotny i późnym popołudniem dobiliśmy do naszej macierzystej mariny. Cumy na ląd, bagaże na pirs, no i czas wracać do domu.

Marek Rajtar

Foto: Marek Rajtar

Facebook
Tweet
Google
17
Czerwiec
2016

"Mój Kapitan był najlepszy, nasza załoga była najbardziej zgrana, nasz jacht był najdzielniejszy..." – takie głosy i licytacje można było usłyszeć lub przeczytać na Facebooku w trakcie majówkowego rejsu 4 Kontynentów.

To efekt tego, że zaplanowana i zrealizowana na 7 jachtach majówka okazała się sukcesem i uczestniczący w niej w liczbie 70 żeglarze, w większości stawiający pierwsze kroki na morzu byli bardzo zadowoleni z morskiej przygody, atmosfery, która towarzyszyła całej grupie oraz temu, że i Neptun patrzył łaskawym okiem - na grupę niespokojnych duchów, włóczących się do tej pory po górskich szlakach, przemierzających godzinami rowerowe trasy, szukających nowych wyzwań...

A zaczęło się typowo dla wilków morskich. W piątek od godzin porannych do późnego wieczora zjeżdżali się po kolei uczestnicy z całej Polski. Gdy wszyscy zostali zebrani i przywitani, przekazano informację: „Wychodzimy o 2.00 w nocy”. Nocny rejs, nocne wyjście z portu - to daje poczucie dumy nie tylko początkującym żeglarzom.

Jak powiedziano, tak zrobiono. Po godzinie 2.00 sprawnie jacht za jachtem, jak po sznureczku, odbijał od nabrzeża i kierował się ku główkom portu w długi jak na pierwszy dzień kurs ku Łebie. Pierwsza nocna wachta, pierwszy wschód słońca na morzu, pierwsze śniadanie przygotowywane na jachcie i zjedzone w kokpicie. I te białe żagle... A wszystko co dobre jeszcze przed nami! I tak pierwszy dzień mijał w atmosferze nowości, przeżyć i bardzo dobrej pogody. „No, wiatru by mogło być więcej” – pewnie westchnął po cichu niejeden z 7 kapitanów, ale i tak łapiąc baksztagowe podmuchy jachty zbliżały się do portu.

Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, ukazały się główki Łeby oraz latarnia morska, a zgromadzonym na plaży i nabrzeżu turystom ukazał się niesamowity widok: 7 jachtów pod jedną flagą - 4 Kontynenty wchodziło do portu. - Dla mnie było to wzruszające przeżycie - powiedział jeden z kapitanów. - Wchodziłem w środku, mając przed i za sobą mnóstwo przyjaciół - powiedział. Ta atmosfera przyjaźni, wspólnego pływania, jachtów płynących blisko siebie utrzymała się do ostatniego dnia.

Łeba przywitała nas gościnnie. Zaproszeni zostaliśmy na wspólnego grilla przez władze mariny, rankiem na spotkanie z burmistrzem, gdzie obok wspomnień, planów, pasji żeglarskiej, burmistrz uraczył nas kawą i pysznymi ciastami. Jednak chyba i on nie był w stanie wyobrazić sobie ilości osób biorących udział w rejsie, bo smakołyki zniknęły bardzo szybko. Kilkadziesiąt wspólnych zdjęć, deklaracje współpracy i że „jeszcze tu za rok wrócimy, tylko marina musi być większa – bo już w kilkanaście jachtów” – i zaczął nas palić ląd. Czas oddać ostatnią cumę i znów odetchnąć świeżą, morską bryzą, gdzie na otwartej przestrzeni łagodny "bajdewind" położył jachty na lewym halsie.

Kurs Władysławowo! Po drodze zawody, na którym jachcie zostanie przyrządzony wspanialszy obiad. Oczywistym było, że na "Xeli", ale przecież od tego jest subiektywizm, żeby każdy mógł zachwycać się swoim.  Tak naprawdę to tylko przekomarzania, bo i tak wszyscy żyli tym, że stanowią jedną dużą rodzinę. Leniwie płynące godziny, wraz z nimi morskie mile... Wieczór, cudowny zachód słońca z przylądkiem Rozewie i górującą latarnią morską. Wejście do portu już po zmierzchu, liczenie jachtów. Jest staruszek Wołodyjowski - to są wszyscy!!! Kolejny dzień na morzu za nami. No i portowe wędrówki ludów po poszczególnych jachtach, tu Bystrze, tam Electra, gościnny jak zawsze Momo One, obok Jazon i Altamas, śpiew, gitary, szanty. Do rana, bo przecież rano znów trzeba wyjść w morze.

Poniedziałek, jeśli ktoś go nie lubi, to tym razem musiał o tym zapomnieć. W drodze na Hel... Zamówiona pogoda, słońce, szkolenia żeglarskie. W oczekiwaniu na wieczorne atrakcje, gdy zarezerwowane całe górne piętro tawerny Kuter wypełnione zostanie przez 4 Kontynenty. A tam już radosna impreza na całego. Szanty, rum, piwo i dziewczyny. A gdzie rum i dziewczyny - tam tańce na stole, tam zabawy! Do północy, bo po niej konieczna wizyta w Capitanie Morganie i dalsze śpiewanie szant i pieśni kubrykowych. Płynące godziny i wchód słońca na plaży. Aż szkoda kończyć... Cóż, trzeba wracać do Górek...

Wtorek, niestety ostatni dzień... Aby go wydłużyć i jak najwięcej czasu spędzić razem po wyjściu z portu, jachty zostały szczepione w wielką tratwę. Morze gładkie pozwoliło na takie zabawy. I była pewność, że żaden z powiązanych jachtów nie ucieknie jako pierwszy do przodu! Wspólne biesiadowanie, rozmowy, snucie planów. Bo przecież przed nami wielkie wyprawy! Już w tym roku wielka pętla po Bałtyku i Morzu Północnym oraz ogłoszona właśnie w trakcie rejsu wyprawa Arktyka 2017. Jest o czym mówić, marzyć, dyskutować...

Tak więc pomimo, że Górki Zachodnie oznaczały koniec naszej majówki, że jachty zostały zdane, a wszyscy spakowani wylądowali na pirsie – zostało w nas przekonanie, że stanowimy wspaniałą grupę ludzi, z wielkimi planami na przyszłość, że chcieć to móc! Zapraszamy do nas, do grupy 4 Kontynenty!

Marek Rajtar

foto: 4K

Facebook
Tweet
Google
7
Czerwiec
2016

W dniu wczorajszym ( 7 czerwca 2016 r.) w Katowicach została podpisana umowa pomiędzy Fundacją 4 Kontynenty a właścicielem SIFU Maciejem Pachlą na czarter jachtu na potrzeby realizacji wyprawy Arktyka 2017 „Śladami ginących lodowców”. Fundacja 4 Kontynenty była reprezentowana przez Mariusza Noworol, Marka Rajtara i Marek Kapołka.

Trwające kilka godzin spotkanie, po podpisaniu umowy, dotyczyło naszych zamierzeń oraz kwestii technicznych związanych z przygotowaniem jachtu do wyprawy. Możemy więc oficjalnie potwierdzić, że kolejny ważny krok został wykonany. Naszym zamiarem jest zorganizowanie od kwietnia 2017 r. do października 2017 r. 14 etapowej wyprawy na trasie: Gdańsk – Świnoujście – Stavanger – Trondheim – Bodo – Tromso – Longyearbyen (Spitsbergen) – Tromso – Bodo – Trondheim – Stavanger – Świnoujście – Gdańsk. Celem jest propagowanie idei żeglarstwa przez odwiedzenie przepięknych miejsc Morza Bałtyckiego, Północnego, Norweskiego, Barentsa, Oceanu Arktycznego. Wody mórz, fiordy, kanały, dzika przyroda, lodowce – mają nas zachwycić i przekonać, że warto ruszyć z domu i realizować swoje marzenia. SIFU towarzyszyć będzie w ramach 4 kontynenty drugi, dobrze znany nam już jacht Bystrze. Bystrze odprowadzi SIFU aż do Tromso i w czasie kiedy realizowane będą etapy związane z Spitsbergenem i Oceanem Arktycznym sam uda się na eksplorację rejonów Nordkap. W drodze powrotnej jachty znowu popłyną razem do Gdańska. W ramach Arktyce 2017 zostanie przygotowane ponad 230 miejsc dla uczestników. Aktualnie trwają pracę związane z dalszym formalnym przygotowaniem wyprawy. W ciągu miesiąca zostaną uruchomione zapisy na poszczególne etapy wyprawy.

Marek Rajtar

Facebook
Tweet
Google
29
Maj
2016

Rejs na pokładzie jachtu ELICA I wzdłuż wybrzeża Chorwacji (Dalmacja) dał nam możliwość odwiedzenia niesamowitych zakątków, które trudno byłoby zobaczyć od strony lądu i był dla nas niesamowitą żeglarską przygodą.

Split – miasto wita nas bezchmurnym niebem i wysoką temperaturą. Z niecierpliwością czekamy na odbiór jachtu. Postanawiamy wypłynąć o świcie. Obok nas pojawiają się delfiny. Płyną przy dziobie i wyskakują z wody, co powoduje niezwykłe poruszenie całej załogi. Zachęca nas to do morskiej kąpieli w ciepłych wodach Adriatyku. Spotkanie z delfinami to niepowtarzalne przeżycie.

Wzięliśmy kurs na wyspę Vis, gdzie spędzamy wspaniałe południe w zatoczce Stiniva. Jest czas na kąpiel, wspinaczkę po skałkach i obiad w malowniczym miejscu. Czas jednak płynąć dalej.

Korcula ­ do późnej nocy uciekamy przed goniącym nas sztormem (tak, w Chorwacji też może być zła pogoda), a potem ze względu na zapowiadające się trudne warunki atmosferyczne zostajemy w przystani Vela Luka. Doświadczony Kapitan wie kiedy zatrzymać załogę tak, aby nie narazić jej na niebezpieczeństwo. Pieczemy urodzinową szarlotkę. Na lądzie wyruszamy na poszukiwanie lokalnych produktów. Trafiamy do Antonego, który przyjmuje nas gościnnie częstując winem własnej roboty. Wychodzimy od niego z butelką rakii i świeżej oliwy z oliwek.

Mljet ­ płyniemy dalej. Wspomnienie, które zachowam na długo w pamięci to rejs na wyspę Mljet gdzie mocno kołysały nas fale, a załoga w skupieniu obserwowała pędzącą za nami burzę. To było niesamowite! Kiedy dobijamy do przystani wiatr słabnie i słońce wychodzi zza chmur. Kosztujemy świeżych owoców morza z miejscowej tawerny. Prawdziwa uczta dla podniebienia.

Mljet to zdaniem wielu jedna z najpiękniejszych wysp Chorwacji. To właśnie tam znajdują się słone jeziora. Odwiedzamy Klasztor Benedyktyński na wysepce św. Marii, która znajduje się na środku Wielkiego Jeziora.

Następny dzień znów zaczynamy wcześnie rano – przed nami długa trasa. Po drodze zatrzymujemy się na 3 h w Korculi, aby uzupełnić wodę i zrobić zakupy

Zavala – cumujemy w małym rybackim porciku w południowej części wyspy Hvar. W przystani miejsce tylko na jeden jacht, mamy szczęście. Idealne miejsce dla tych, którzy lubią spokój i ciszę. Wstajemy wraz ze wschodem słońca, kąpiemy się w Adriatyku i bierzemy kurs na miasto Hvar.

Hvar zachwyca nas swoją architekturą, zdobywamy Twierdzę ciesząc się spacerem wśród śródziemnomorskiego krajobrazu.

Do mariny Palmizana na wybrzeżu wyspy St. Klement cumujemy wieczorem. Zachwycamy się tu smażonymi kalmarami i grillowaną ośmiornicą.

Split – trudno uwierzyć jak szybko upłynął czas... oddajemy jacht z nadzieją, że jeszcze kiedyś tu wrócimy.

W drodze powrotnej nie mogąc rozstać się z Chorwacją zwiedzamy wodospady w Parku Narodowym Krka. Chyba niepotrzebnie ;-) wrócić jeszcze trudniej.

 

Joanna Mickiewicz-Kos

Facebook
Tweet
Google