Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Wreszcie startujemy w stronę dalekiej Północy - 28.04 - 06.05.2017 r. 08 Maj 2017

Mężczyznę poznaje się po tym jak nie zaczyna – powiedział klasyk. Przed nami jednak po 10 miesiącach intensywnej pracy przyszedł w końcu ten dzień, w którym należało rozpocząć wyprawę Arktyka 2017. Jej pierwszy etap – wielka majówka 4 Kontynenty. Ktoś nazwał ją „fiku miku po Bałtyku” – chyba pamiętny tej sielankowej atmosfery z ubiegłego roku. Tym razem miało to jednak wyglądać inaczej.

28 kwietnia (piątek) zaczęliśmy się zbierać w NCŻ Górki Zachodnie na naszych dziesięciu jachtach. Wśród nich dwa wyprawowe: Sifu of Avon i Bystrze. Czas na ostatnie przygotowania, odbiór jachtów. Następnego dnia przyjadą uczestnicy rejsów. Piątek i sobotnie przedpołudnie minęło bardzo szybko. I wówczas zaroiło się od znajomych twarzy, budowała się przyjazna atmosfera. Zakupy, zaopatrzenie, spotkania – czas mijał szybko.

Po ściągnięciu świeżego meteo i naradzie kapitanów – stało się jasne, że wspólny rejs na Bornholm nie wchodzi w grę, Neptun po raz kolejny dając sztormowe wschodnie wiatry postanowił pokrzyżować nasze plany. Dlatego określiliśmy, że wychodzimy w niedzielę przed południem i po krótkim postoju na Helu zmierzamy do Łeby, gdzie podjęte będą następne decyzje.

O 11 – zgodnie z planem – zrobiło się gwarno i ciasno w marinie, gdy jeden po drugim jachty z banderą 4 Kontynenty zaczęły sprawnie wychodzić z mariny. Dużo radości i nadziei, że najbliższe dni upłyną w super atmosferze. Dla mnie – prowadzącego jeden z wyprawowych jachtów – świadomość, że od tej pory, z każdą przebytą milą zbliżamy się do dalekiej północy i że nie ma już odwrotu.

Moim szczęściem było to, że na pokładzie prowadzonego jachtu  miałem bardzo doświadczoną ekipę, która nie raz pływała już po morzu. Ich oczekiwania w stosunku do mnie były również duże, ale miałem zamiar im sprostać. Istotą udanego rejsu jest budowanie dobrej atmosfery i wzajemnych, ciepłych relacji. Ponieważ wszyscy byli bardzo fajnymi ludźmi – szybko się to udało. I nawet nasz jacht nie był nam w stanie w tym przeszkodzić. Po kilkugodzinnym postoju na Helu o godzinie 19 wyszliśmy na nocny przelot do Łeby. Idea, że wszystkie 10 jachtów będą płynąć razem udała się połowicznie. Cały czas płynęliśmy hamując prędkość w towarzystwie 3-4 jachtów, a tuż za nami Sifu of Avon. Wyglądał ładnie i widać było tą dużą ilość włożonej przez nas i armatora pracy. Ale poznanie jego klimatu było jeszcze przed nami. Tak więc wspólnie weszliśmy do Łeby, gdzie oczekiwała na nas reszta floty. Czas na odpoczynek oraz zakupy uzupełniające. Na wieczór zostało zaplanowane wspólne z burmistrzem Łeby ognisko. Łeby – która została partnerem naszej wyprawy.

Kolejne prognozy meteo zapowiadały 2-3 dniowe sztormy ze wschodnich kierunków. Potwierdziło się to, że planowany Bornholm nie będzie osiągalny dla jachtów planujących powrót do Gdańska. Ich powrót odbyłby się w bardzo niesprzyjających warunkach. Skłanialiśmy się, żeby majówkowe jachty podążyły do Karlskrony, a Sifu i Bystrze być może na Bornholm. W zeszłym roku 3 razy mi się nie udało, należało złamać fatum, a i pomimo trudnych warunków załoga również tego oczekiwała. Ach ta presja na kapitana.

Pożegnalne ognisko przeciągnęło się do późna. W końcu każdy znał ileś tych szant, które chciał wyśpiewać, a muzyków na naszych pokładach nazbierało się niemało … Wspólne świętowanie w ekipie 4K. No i wizyty na poszczególnych jachtach, bo nie wiadomo kiedy przyjdzie się znowu spotkać w podobnym, licznym gronie znajomych. W tym wszystkim Mariusz , który wszystko spinał … No i Zbyszek - dzięki za wspaniały rum ;-)

Wtorek rano – kolejne sprawdzenie najnowszej pogody. Podtrzymane ostrzeżenie o sztormie 6-7 (8) przy wiatrach wschodnich dawało nam pewność niezłej jazdy w kierunku Bornholmu.  Dla nas to ponad 100 Nm, z docelowym portem od zachodu – Ronne. Decyzja pozostała niezmieniona – wychodzimy o 11, tak aby rano następnego dnia wylądować na Bornholmie. Pożegnania, życzenia pomyślności i wspólne zdjęcia. Wyjście z główek portu Łeba okazało się nieproste. Bardzo duża fala wymusiła szybką jazdę na niemal pełnych obrotach silnika. Postanowiliśmy zebrać się jeszcze przy boi podejściowej, gdzie wyprawowe jachty zostaną pożegnane przez pozostałe. Gdy to nastąpiło – kurs 275 i w pełnym baksztagu ruszyliśmy przed siebie. Przed nami bezkres morza, za nami jak na sznurku Sifu, które postanowiło nawigować na nasz jacht. Zrefowana genua, prędkość marszowa 6-7 kt. Płynęliśmy unoszeni kolejnymi dużymi falami, zgodnie z zapowiadanym stanem morza 4-5. Oj – gdybyśmy musieli płynąć przeciwnym kursem – nie byłoby już tak przyjemnie. Jednakże w ten oto sposób pogrzebaliśmy ostatecznie szanse na wybór prezesa. Cóż – załoga tym razem była zbyt mocna ;-) Ponieważ wachty pracowały perfekcyjnie, jedynym problemem była walka z zimnem, które mimo majowego nieba dość mocno nam doskwierało. Tym bardziej, że z każdą godziną ubywało słońca. Wiatr do wieczora narastał, ale Bystrze dzielnie sobie radziło tnąc kolejne fale. A za nami niestrudzenie podążał Sifu.

Ranek następnego dnia zastał nas na południowo-zachodnim trawersie wyspy. Pozostało już tylko 20-30 Nm, a z każdą godziną byliśmy coraz bardziej osłonięci od fali. Zmiana kursu, dostawiony bezan i port w zasięgu wzroku. Czyli – jednak w tym roku uda się odwiedzić Bornholm i spędzić tam minimum 2 dni – przeczekując rozwijający się sztorm. Znalazło się dla nas miejsce w porcie, gdzie przycumowaliśmy za rufą znajomego Brego. Za godzinę wejdzie również Sifu, który na ostatnich kilkudziesięciu milach trochę przymarudził i został w tyle. Toast za cudowne ocalenie, szybkie ciepłe śniadanie, no i zasłużona 3-godzinna drzemka. Troszkę nas ta ostatnia noc zmęczyła, więc odpoczynek był jak najbardziej zasłużony – nie ma co kryć.

Przed nami perspektywa pobytu przynajmniej do piątku – nawet w porcie wiatr wyczyniał cuda i tylko duża determinacja pozwalała opuszczać jacht. Jednak plan na środę był prosty – odpocząć. Cóż – kto spędził trochę czasu na morzu – wie co oznacza postój w porcie. Relaks i w naszym przypadku duma, że coś już osiągnęliśmy. Nasza ekipa się sobą nie nudziła, więc czas płynął szybko. Gdzieś w tak zwanym między czasie starałem się też wpleść elementy szkolenia. A wieczorem skorzystaliśmy z zaproszenia z Sifu i nastąpiła wspólna integracja. Odwdzięczyli się z nawiązką za to holowanie się za nami po drodze.

Czwartek postanowiliśmy poświęcić na zwiedzanie wyspy. Z ambitnych planów zrodził się pomysł Piotrka na rowerową eskapadę. Jak powiedział – tak i zrobił. Na rowerze pod silny wiatr przemierzył ileś tam kilometrów, bo na lądzie – w przeciwieństwie do morza – przemierza się kilometry, a nie jak na morzu mile. Ten wyjazd musiał kosztować go bardzo dużo sił, bo po powrocie zjadł obiad i 3 dokładki. A że w trakcie ujawniły się kolejne kulinarne talenty  - było co jeść.  No może poza przyrządzonymi przez Dawida szparagami – które zniknęły natychmiast.

Ronne okazało się dla nas sympatycznym miejscem. Z wyłączeniem portu, w którym byliśmy kasowani za wszystko. Za pobyt, za wodę, prąd i prysznice – trochę było tego za dużo. A kiedy zapytaliśmy obsługującego nas gentelmana, czy z racji sztormu Ronne nie stało się portem schronienia, odrzekł, że on w takich warunkach byłby w stanie wyjść w morze odpowiednią do warunków jednostką. Dopytywany – nie chciał doprecyzować co dla niego znaczy odpowiednią jednostką – a szkoda – bo może byśmy się czegoś nauczyli. Nie mniej jednak spacery po mieście należały do przyjemnych, szczególnie wtedy, gdy szło się uliczkami poprzecznymi do kierunku wiejącego wiatru. Tak mocnego, że jachty stały wzdłuż kei w ciągłym przechyle. Pyszna kawa i szarlotka w Cafe Gustaw kosztowała na nasze 41 zł, ale za to można było uzyskać bardzo dobry internet i pozałatwiać  mnóstwo lądowych spraw. Ceny żywności i produktów podstawowych w pobliskim markecie nie odbiegały od polskich, co było dla nas niemałym przyjemnym zaskoczeniem. Tak więc mijał kolejny dzień, a prognozy zapowiadały osłabnięcie sztormu w piątek w południe. Oznaczało to dla nas przygotowanie do nocnej podroży w stronę Świnoujścia.

Kolejna noc na morzu, poza koniecznością usunięcia awarii w oświetleniu nawigacyjnym minęła spokojnie. Początkowo przez kilka godzin na pełnych żaglach, potem – kiedy wiatr osłabł – musieliśmy nawet posiłkować się silnikiem. I na szczęście martwa fala bardzo szybko wygasała. Gdy jeszcze rano za gęstymi chmurami zaczęło wznosić się słońce zbliżyliśmy się ponownie do polskiego wybrzeża. Marina w Świnoujściu okazała się gościnna i było w niej wiele wolnych miejsc – widać, że to jeszcze trochę przed sezonem. Asia sprawnie zaparkowała alongside Bystrze, oddaliśmy cumy na ląd i padło kończące naszą morską przygodę „tak stoimy”. Znowu 2-3 godziny odpoczynek po którym wzięliśmy się za przygotowywania jachtu dla jadącej już kolejnej ekipy. Pozbieranie naszych rzeczy, ale również gruntowne posprzątanie Bystrza. Oraz próba usunięcia kilku defektów. Przy tych pracach zastał nas podjeżdżający bus z kolejnymi członkami etapów S-2 i B-2. Szczegółowe przekazanie jachtu, zgodnie z przygotowanym przez Marka Kapołkę wielostronicowym dziennikiem. No i rozładowania i zaształowanie paczek z żywnością dla następnych etapów. Godzina 16 – pożegnalne zdjęcie – kto miał zapakować się do busa to to zrobił. Ostatnie pożegnalne spojrzenie na nasze jachty, no i powrót do domu. Po drodze kilka atrakcji, w tym stada dzików w kolejce przedpromowej. Ale szczęśliwie o godzinie  7 rano w niedzielę dotarliśmy do Krakowa. Pierwszy etap wielkiej podróży ku Arktyce dobiegł końca.

Z mojej strony chciałby podziękować całej ekipie 4K (w tym Mariuszowi) za bardzo udaną majówkę. Kapitanowi i załodze Sifu of Avon – za wspólną podróż i mnóstwo wspaniałych chwil. A mojej załodze – za niesamowitą atmosferę oraz wzajemną pewność i zrozumienie na morzu, w przygodzie która miała wiele barw.

Marek Rajtar

zdjęcia: Piotr Dumanowski oraz M.R.

Facebook
Tweet
Google