Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Żona kapitana czy kapitalna żona? 19 Czerwiec 2017

Pływanie na pokładzie z rodziną jest ciekawym przeżyciem. Tym bardziej, gdy swój pierwszy morski rejs odbywa żona - żona kapitana. Czasami może to być dotkliwe w skutkach właśnie dla kapitana. Zwłaszcza jeśli w tle stoi zakład o luksusowe w Norwegii dobro.

Od niemal pół roku wspólnie z Gosią przeżywaliśmy fakt, że będziemy wspólnie pływać po Lofotach. Obok wielkiej radości z tego, że będziemy razem w wymarzonych przez Gosię Lofotach obawialiśmy się jak poradzą sobie z tą ponad tygodniową, pierwszą nieobecnością nasze młodziutkie córy. Oraz dziadkowie, którzy staną przed wielkim wyzwaniem (dziękujemy). Decyzja jednak zapadła, a czas dołączenia do mnie przez Gosię w Bodo zbliżał się coraz szybciej. Pytania: jak będzie, co wziąć, jak się ubierać mieliśmy już za sobą. Jaką książkę jako adept żeglarstwa przeczytać, aby nie być totalnym greenhornem też. Dlatego nie pozostało nic innego jak wsiąść w samolot i zacząć podróż.

Bardzo zależało mi by i ten rejs wyszedł fantastycznie, miejsca cudowne, ekipa świetna i nawet padający niemal non stop deszcz nie był w stanie tego zepsuć.

Pozostało jednak pytanie, jak będą wyglądały nasze relacje, kiedy mąż - żona zostanie zastąpione kapitan - załogantka ;-). Ci co ze mną pływają wiedzą dobrze, że nigdy nie buduje sztucznie autorytetu, ale ze względu na włożoną prace przed i w trakcie rejsu, ze względu na doświadczenie i nieustające staranie w każdej chwili rejsu o bezpieczeństwo autorytet kapitana powstaje samoczynnie. Jest on zawsze  potrzebny i wykorzystywany do dobrego i bezpiecznego prowadzenia rejsów i ustalania zasad pozwalających wszystkim dobrze funkcjonować.

Jednakże kilka dni przed startem na Lofoty pomiędzy mną i moimi kompanami w podróży stanął zakład: czy moja żona w ciągu pierwszych 3 dni rejsu zwróci się do mnie "kapitanie". Zakład przegrałem, muszę to przyznać, choć wcale nie martwię się z tego powodu. Gosia świetnie odnalazła się w naszej ekipie jachtowej, ja również w nowej sytuacji. Nasze świetne relacje pozostały niezmienione. Ale słowo kapitan w moją stronę nie padło. Nie tym razem. 

A co u nas na pokładzie? Minął kolejny dzień wyprawy na północ, tak jak ostatnio w deszczu i mgle. Zaparkowaliśmy w kameralnej marinie w Finnsnes, gdzie cumy odbierał od nas Norweg o wyglądzie przypominającym mix wikinga i Josin'a z Bazin, ale okazał się on oraz kilku jego znajomych bardzo sympatycznymi ludźmi. Zatankowaliśmy jacht, a każdy z nas pierwszy raz od wielu kilku dni miał możliwość skorzystania z prysznica, pierwsze nasze dziewczyny z ciepłego, my z zimnego. Ale wróciła do nas czystość ogólne rozumiana. Ja zrobiłem pranie swoich rzeczy, które na jachcie pojadą na mój etap po Spitsbergenie i uświadomiłem sobie, że to już ostatni dla mnie dzień na próbę i zapoznanie się z jachtem. Potem już tylko Arktyka wraz z jej lodowymi warunkami.

Winter is coming.

Facebook
Tweet
Google