Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

W kierunku Hinlopenstretet 30 Lipiec 2017

W totalnej mgle i przy zerowym wietrze schodzimy mozolnie na południe. Zawodzą elektroniczne plotery, które nie obejmują mapami tych obszarów. Jeden z nich lokuje nas w zatoce gwinejskiej, a odczyty kursu pomiędzy nimi różnią się nawet o kilkanaście stopni. 

Pozostaje nawigacja tradycyjna, cogodzinne nanoszenie pozycji na mapę, odczyt kursu i poprawki. Pewnie gdyby nie było tej wszechobecnej mgły z szafki wyciągnąłbym sekstant ;-) Ale i mapy papierowe, których posiadam w stoliku nawigacyjnym kilkadziesiąt, w tym miejscu są tylko pilotowe, czyli do nawigacji przydatne średnio. Bardzo niedokładne i z małą ilością informacji, szczególnie w zakresie głębokości i skał. Tak więc płyniemy kolejne godziny licząc, że w końcu z mgły wyłoni się ląd, byle nie przed dziobem. Hinlopenstretet to także strefa mocnych prądów, a przesmyk Freemansundet niebezpiecznych. Całe szczęście posiadana przeze mnie locja oraz tablice pływów pozwoliły przygotować z wyprzedzeniem stosowną tabelkę i strategię zależną od czasu dojścia. 

Gdzieś koło godziny 4 mgła ustąpiła, a nawet pojawiło się słońce. Wówczas naszym oczom ukazały się oba brzegi kanału. Byliśmy w jego środku, test z nawigacji klasycznej zdaliśmy na bardzo dobrze. Wraz ze słońcem zaczęło wracać również ciepło, przynajmniej w porównaniu do temperatur z ostatniej doby. Po lewej stronie wyspa Nordaustlandet z majestatycznie rozłożonym lodowcem Vestfonna, a po prawej północno-wschodnia cześć Spitsbergenu i lodowiec Valhallfonna. Zbliżaliśmy się do Alkefjellet.

Alkefjellet. Niemal cały svalbardzki archipelag jest jednym wielkim parkiem i rezerwatem ptaków. Dlatego załatwiana przeze mnie zgoda na arktyczne etapy była długą i wieloelementową procedurą, szczególnie, gdy ma się w planach eksplorowanie wszystkiego co możliwe. Ale zbliżające się przed dziobem Sifu miejsce jest szczególne. Ograniczone z obu stron lodowcami olbrzymie i wysokie ściany pełne półek skalnych zasiedlone zostały przez niezliczone kolonie ptaków. Guillemot, nie znalazłem na razie polskiej nazwy, ale z racji swojego wyglądu przemianowane przez nas na latające pingwiny. Ich widok do złudzenia przypominał powiem antarktycznego krewniaka, z tą tylko różnicą, że nasze potrafiły latać. Tak więc tysiące ptaków ulokowanych ciasno na półkach, tysiące latających w powietrzu i tyle samo w wodzie. Trzykrotnie przepłynęliśmy wzdłuż tego miejsca podziwiając widoki i wsłuchując się w niesamowite odgłosy ptaków. 

Zapis z dziennika jachtowego: Ciepło jak w tropikach. Można nawet zdjąć czapkę (na chwilę). Latające pingwiny wciąż atakują ;-)

Hinlopenstretet - kluczowy dla naszej wyprawy kanał. Na na jego północy miała zapaść decyzja co do losów naszej wyprawy. Czy warunki pozwolą nam i wystarczy czasu na okrążenie Spitsbergenu. Bardzo mało jest organizowanych rejsów dookoła, a jest to mimo wszystko żeglarski wyczyn. Przed nami droga na południowy-wschód stała otworem, przyjęcie nie było skute lodem, a i z czasem dzięki dotychczasowemu pośpiechowi było nieźle. Decyzja musiała zostać podjęta, po niej nie będzie już odwrotu, tylko konieczność okrążenia Spitsbergenu od strony jego południowego przylądka, czyli ostry zjazd najpierw na południowy-wschód, następnie na południowy- zachód, a gdy znajdzie się już najniżej - powrót na północ przez ponowną mozolną wspinaczkę, tak aby zdążyć na czas, na powrotne samoloty i czekającą ekipę następnego etapu, tym razem powrotnego w stronę Norwegii, czyli koniec svalbardzkiej przygody. No ale przecież po to tu przyjechaliśmy, możemy nie mieć więcej takiej szansy, a Ci co mnie znają więcej już dawno wiedzieli jaka będzie decyzja. Jak nie my - to kto? Jak nie dziś - to kiedy? Płyniemy.

Im głębiej wchodziliśmy we Hinlopenstretet tym bardziej zaczynaliśmy korzystać z jego dobrodziejstw. Zaczął pomagać na prąd pływowy, na lód należało uważać, ale nie stanowił przeszkody, groźne meteo tym razem nie potwierdziło się w całości. O godzinie 21 byliśmy już u wylotu kanału i zatrzymaliśmy się na kotwicy przy wysepce Kiepertoya na 3 godziny. W jakim celu? 40 mil dalej na naszej trasie zaczynał się Freemansundet, 25 milowy kanał pomiędzy wyspami Barentsoya i Edgeoya, którego prądy miały większa moc niż nasza jednostka. 

Należało wpłynąć do niego w odpowiednim, wyliczonym czasie. Dlatego postój.

Ostatnia doba, nawet dla tych którzy obserwują nasze poczynania na stronie Gdzie jest Sifu of Avon musiała wywrzeć duże wrażenie. Pokonane w tym czasie 130 mil przeniosło znaczek jachtu z dalekiej północy w zupełnie odległe miejsce. 

Znowu natknęliśmy się na lód, tym razem schodzący ze słynnego lodowca Austfonna.

Facebook
Tweet
Google