Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

W deszczu po Lofotach 16 Czerwiec 2017

Kiedy rano poprzedniego dnia opuszczaliśmy zasnute chmurami i deszczem Reine nie spodziewaliśmy się poprawy pogody. I z każdą godziną opadu było więcej. Jednak wyprawa rządzi się swoim prawami i nikt tu nie przyjechał dla przyjemności. Ale atrakcje spotkały nas i tak.

Z każdą godziną deszczu przybywało, wszystko mokło na pokładzie, a słabsze sztormiaki nie dawały rady. I tylko ten widok przebijających chmury wierzchołków gór, biel i szarość przemieszana z czernią nie pozwalał nam zapomnieć gdzie jesteśmy. A mila za milą zbliżaliśmy się do następnego punktu trasy.

Henningsvær. Co? Po piątym pytaniu załogi, gdzie płyniemy umówiliśmy się, że do Hu. Skoro może być Å, to dlaczego nie Hu. I tak nikt z nas nie potrafi dobrze tego wymówić, a o zapamiętaniu mowy nie ma. Jak rozsądnie postąpiliśmy robiąc kluczowe wymiary załóg w portach Tromso, Bodo, itp. omijając w ten sposób niepotrzebnego zamieszania.

A więc Henningsvær, czyli Hu. W każdym z przewodników określane jako jedna z głównych atrakcji, malownicze miasteczko położone na wyspach, fragmentami przypominające z lekka Wenecję. Wpłynęlismy w ciasny kanał portowy otoczony z obu stron malowniczymi domkami. Rzeczywiście pięknie. Dwugodzinne zwiedzanie. I zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego jeśli Norwegia jest takim bogatym i dostatnim krajem nigdzie tego nie widać?  Zabudowa barakowa, stare samochody, polskie miasteczka wyglądają dostaniej. No ale cóż - szybko zostaliśmy sprowadzeni na ziemie robiąc zakupy w miejscowym sklepie. No a hitem została butelka nagrodzonej arktycznej wody, która w sklepie dla turystów kosztowała 140 kr. Ale któż bogatemu zabroni.

Dla nas jednak czas się skończył i ruszyliśmy dalej. Wraz z nami przemieszczał się deszcz, czy już jego siostra ulewa. Ale cóż - w niektórych z nas odezwała się pasja wędkarska. I pomimo deszczu trzeba było się zatrzymać na łowienie. A połów okazał się obfity, naprawdę duże sztuki wskakiwały na kawałem metalu, zwany piłkerem. Pierwsza złapana przez Pawła była tak duża, że musiałem wskoczyć na rufowy pomościk, żeby ja podjąć. A to, ze skończyło się totalnym zmoczeniem dolnej połowy ciała nie miało w tym momencie znaczenia, ryba, jaki i kolejne inne wyładowały na pokładzie. Rufowa część załogi w formie buntu postanowiła przywiązać do masztu głównego łapacza, ale pozostał jeszcze nasz Józek, Węgier, który złapał swoje pierwsze morskie ryby. Na szczęście w końcu deszcz, zimno i rozsądek przezwyciężyły pasje i szybko popłynęliśmy dalej. I na całe szczęście.

Svolvær (tą nazwę zapamiętałem) stał się portem w którym postanowiliśmy spędzić niemal cała noc i ranek następnego dnia. No i należało się porządnie wysuszyć i zrobić prace serwisowe przy jachcie. Nikt nie potrafi wyrazić ile ciepła daje jachtowa koza, no, no - chodzi o olejowy piecyk, który w kilka zaledwie chwil napełnił ciepłem całe wnętrze. Do tego pyszna kolacja.

Następne dopołudnie było intensywne. Należało zrobić zakupy, a my za każdym razem polujemy w sklepach na tani, dofinansowywany chleb za 6 kr, bo normalny jest wiele razy droższy. Każdy miał tez szanse pierwszy raz od wypłynięcia z Bodo normalnie się wykopać, w ładnej, chodź przeznaczonej dla jednej osoby łazience w czerwonym domku w marinie. Z przerażeniem dostrzegłem Pawła i Józka wracającego ze sklepu z nowymi zestawami wędkarskim i postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. A dlaczego? Bo to mi przypadł ze względu na moje doświadczenie na kutrach obowiązek czyszczenia i filetowania ryb. No więc w moje ręce wpadł Józek, którego nauczyłem jak to dobrze i szybko robić. I w ten oto sposób pozbyłem się swojej niechęci do łowienia ryb.

Wprowadziłem za to w ploter trasę do naszego następnego punktu - Fiordu Trolii. Ma być pięknie.

Facebook
Tweet
Google