Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Trollfjorden - odlecieliśmy w gumiakach na sam szczyt 17 Czerwiec 2017

Ot taki sam dzień jak inne. Pływamy sobie kolejnymi fiordami, woda, strzeliste szczyty, śnieg, droga do Ostrołęki, nic nowego. Można się przyzwyczaić ;-). Ale kiedy zrobi się nagle zwrot o 90 st. w niepozorny fiord nagle wszystko się zmienia. Skalista wąska brama prowadzi w inny świat. Witamy w krainie troli.

Dziś muszę być oszczędny w słowach, bo siedzę na pokładzie i uporczywie wypatruję orek lub też innych wielorybów. Do tego wiem, że nie jestem w stanie słowami oddać emocji związanych z pięknem tego miejsca, tym bardziej, że po nocnych eskapadach i ja, i cześć z nas zaliczyliśmy przeziębienie, ale taka to jest często cena zwariowanych pomysłów. Dość, że napiszę o tym, że koniecznym jest wizyta w Trollfjord, gdy jest się w krainie Lofotów. Niewielki i wąski fiord zamknięty z wszystkich stron wysokimi górami, pełnymi śniegu i wodospadów, otwarty na świat ekscytująca bramą, a zakończony niewielkim pomostem do którego przycumowaliśmy nasz jacht. Na miejscu łazieneczka, grill, brak sieci komórkowej, brak ludzi, koniec świata. No i baza do kilkugodzinnej wyprawy w góry, która może okazać się znamienna w skutkach.

Jak zwykle na pokładzie ileś tam kilo wyfiletowanych ryb, więc pomysł na obiad wydawał się prosty. A że każdy miał już rybnego jedzenia dość, aż pod daszek czapeczki - przygotowania się ich podjęła Gosia. Wiedząc co ją czeka wcześniej zaopatrzyła się w produkty. Dorsz smażony z porami smakował wyśmienicie. Brawo.

A że zbliżała się już godzina 21 nadszedł ten czas na wyjście w góry. Cóż napisać, wiedzieliśmy że będzie ostro, dlatego ubraliśmy to co mieliśmy: gumiaki i sztromiaki, doskonały zestaw do trekkingu w góry ;-). Czas start.

Gdzieś z góry biegła olbrzymia stalowa rura obok której znajdowały się prowadzące na nią drewniane schodki. Była  to wystarczająca dla nas sugestia, aby pierwsze kilkaset metrów, unikając błota, przepraw przez strumienie spacerować często kilka metrów nad ziemią. Potem jednak skończyło się to co proste. Zaczął się śnieg do którego co raz wpadał ktoś po pas i ostra wspinaczka w górę, wśród mokrej mazi i kamieni. Kolejne wzniesienia, przeprawy przez liczne strumienie, no i znowu śnieg. Nie pomogły kalosze, chlupała w nich woda i roztopiony lód. Wspinaczka  w gumowych butach po stromych partiach śniegu chyba nie należała do najprostszych, ale czasami zdarzał się zjazd na dół na ... Cali ubrudzeni podziwialiśmy jednak otoczenie, a że wysokość rosła będący za nam w dole fiord prezentował się coraz bardziej okazałe. Gdzieś tam zniknęły już dawno maszty Sifu.

Po 2 h męczącej wspinaczki dotarliśmy do kolejnej ściany śniegu, po której z dużą mocą schodziły zimne, wilgotne chmury. Widok otaczających szczytów zapierał dech. Tu postanowiliśmy zakończyć naszą drogę do góry. No może nie dotarliśmy do planowanego celu jakim było jezioro w kotle polodowcowym, ale musiał zwyciężyć rozsądek. Byliśmy już mocno wyziębieni i zmęczeni, a przed nami jeszcze długa droga powrotna. Wyłożyliśmy się więc na śniegu, łapiąc oddech oraz zapisując w pamięci piękne widoki. Czas ruszać na dół. Do ciepłego jachtu.

A tam na dole, kiedy już dotarliśmy nic nie mogło nas powstrzymać przed rozpalenie grilla, i całe szczęście tuż po rybach smażyły się kiełbasy. Dobre polskie kiełbasy. 

Troli nie spotkaliśmy, chodź po drodze licznymi kupkami leżały po nich ślady. No chyba, że zaliczyć dziko wyglądającego szypra kutra, który w między czasie przybił do naszej burty. Musiałem go obudzić, bo czas nas trochę gonił. Nie przyjechaliśmy tu przecież dla przyjemności.

A jak wyglada nasz rejs oczami Józka pozwolicie, że Wam przestawię jego słowami i w jego języku. Bo trzeba Wam wiedzieć, że jego węgierscy znajomi śledzą relacje z naszej wyprawy przy pomocy Google translatora tłumacząc na swój język. Jakim jest finalny efekt nie wiem, ale mam nadzieję, że w poniższym tekście nie obraża nas za bardzo ;-)

Káprázatos tájakon át vezetett az utunk, mikor egyszer csak a kapitány intett, hogy balra fordulunk. Egy hatalmas szikla hasadékban találtuk magunkat, mintha szétnyílt volna a föld. A két óriási sziklafal között haladtunk, néha absztrakt alakokat öltött, máskor szabályosan úgy nézett ki, mint egy teraszos rizsföld, néhol pedig egy vízesés csobogott rajta.
Kikötés után a fjordot övező egyik hegy csúcsa felé vettük az irányt a legénységgel. Azok jártak jól, akik gumicsizmát húztak, mert az olvadó hótakaró néha patakokká változott es másutt a föld is olyan laza volt, hogy egyszerűen besüppedt tíz centire. A csúcs meghódításához nem volt megfelelőn felkészült a rögtönzött expedíció, habár a táv kétharmadát teljesítettük, egységként döntöttünk a visszafordulásról. Az időzítés tökéletesre sikeredett, ugyanis a hegy oldalából, egy szakaszon fenéken szánkózva jöhettek le a bátrabbak. A leérkezést egy kis sörözéssel es grill vacsorával ünnepeltük
.

Winter is coming.

 

Facebook
Tweet
Google