Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

To już jest koniec? 22 Czerwiec 2017

To już jest koniec? Nie ma już nic? No, no - nie w tym wypadku.  Z dużym żalem opuszczałem wprawdzie wczoraj wczesnym rankiem pokład Sifu goniąc na samolot do Krakowa, ale w myślach siedzi cały czas kolejny mój etap wokół Spitsbergenu. A to już tuż, tuż.

Ta delikatna przerwa na blogu wynikała z bardzo dużego zapracowania. Bo ledwo kończąc ostatni dzień etapu S-5 przybijając do malowniczej mariny w Tromso, a już trzeba było się wziąć do przygotowania jachtu na spitsbergenowe etapy. Ale po kolei.

Kiedy w poniedziałek 19 czerwca opuszczaliśmy gościnną marinę w Finnsnes zostało nam do pokonania około 40 Nm. Zaplanowaliśmy więc po drodze uzupełnienie zapasu świeżych ryb. Już nauczyłem się wybierać stosowne miejsca analizując kształt brzegu i dna. I tym razem był to strzał w 10, ryby ustawiały się w kolejce na nasz jacht, a że były niecierpliwe to wskakiwały nawet dwójkami. Paweł, Jozsef i ja ledwo nadążyliśmy z witaniem ich na pokładzie. Po godzinie uzbierał się wystarczający zapas dla nas, Bystrza i naszej nowej ekipy - bo postanowiliśmy przywitać ich świeżą rybą.

Czas płynąć dalej. Deszcz, chmury i ostatnie fiordy w drodze do Tromso. I znów wygrałem z Krzyśkiem i Jackiem, bo pomimo ich przypadłości udało się zakończyć planowo (czas i miejsce) kolejny rejs - a więc 2:1 dla mnie. W Tromso zastaliśmy fajną marinę ulokowaną w samym centrum miasta. Czy należy dodawać, że bez toalet i pryszniców? - chyba nie. Opcja skorzystania z hotelu (150 kr) lub spa na barce (200 kr) była dla nas za droga, a ponieważ dzień wcześniej przyjechali już pierwsi załoganci z Bystrza - to wysłaliśmy nasze panie do ich hotelowych pokoi, gdzie skorzystały z zaplecza. Przy okazji okazało się, że można wynająć 6 metrowy pokój, w którym znajduje się łóżko, łazienka i jakaś szafka.

A dla nas nastał bardzo intensywny czas pracy związany z przekazaniem jachtu, pakowaniem, sprzątaniem, poprawkami. Kiedy następnego dnia o 11 przyjechał wypakowany po sufit zaopatrzeniem na arktyczne etapy bus - byliśmy gotowi. Wykorzystując wysoką wodę przeparkowałem jacht do pontonu przylegającego do pirsu przy którym zaparkował bus. I zaczęło się wypakowywanie setek paczek. Chwała tym, którzy w Polsce przygotowali to bardzo profesjonalnie. Każda, nawet najmniejsza paczuszka została opisana jachtem i nazwą etapu. Więc pracy z przeładowaniem było dużo - ale wszystko zostało dobrze zorganizowane. Dziesiątki zatrzymujących się Norwegów robiło zdjęcia nam, jachtom oraz przeładowywanym zapasom. Gdyby jeszcze nie ten padający deszcz praca była by jeszcze bardziej przyjemna, a tak - gonitwa z czasem. Ale udało nam się załadować każde wolne miejsce, każdy korytarz, messe, kokpit i bus mógł wracać w powrotną drogę.

Nadszedł czas pożegnań części ekipy wracającej samochodem przez Norwegię, Szwecję na prom do Polski. Podziękowania, ustalenia następnych spotkań i odjazd, po którym mogliśmy wrócić dalej do pracy. Należało wszystko co przyjechało zapakować w odpowiednie miejsca, a było to zadanie trudne. Udało się zamknąć te sprawy około godziny 22. I wreszcie mogłem usiąść i odpocząć.

Kiedy następnego ranka wraz z Gosią opuszczaliśmy jacht Sifu pojawił się żal, że coś się kończy, że trzeba pożegnać się z jachtem, który stał się dla nas w ostatnim czasie domem. Ale świadomość, że za około miesiąc wsiądę znowu na jego pokład w tajemniczym Longyearbyen i rozpocznę rejs wokół Spitsbergenu - był bardzo pocieszającym uczuciem. Przez ostatnie 2 tygodnie wykonaliśmy kawał pracy, wyprawa realizowana jest planowo, poszczególne elementy składają się w całość, a nasz cel jest coraz bliżej. Tak więc ze spokojem postanowiłem przeznaczyć najbliższe 24 h na odpoczynek, wyspanie się i nabranie nowych sił. Oraz walkę z przeziębieniem, które przyczepiło się do mnie w Trollfjorden.

Facebook
Tweet
Google