Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Port przeznaczenia ... 09 Listopad 2016

Kiedy żeglarz wyrusza w morze dobra praktyka żeglarska każe mu nie podawać, ani tym bardziej wpisywać do dziennika jachtowego portu przeznaczenia. Powie raczej, że zmierza w kierunku …, a port docelowy do dziennika wpisze po podaniu ostatniej cumy i komendzie „tak stoimy”. To w sumie przesąd, ale gdy wchodzi w grę walka z żywiołami, życzliwość Neptuna, fatum – to te pozornie wydawałoby się detale nabierają dużego znaczenia.

Czasami mam takie rejsy – najczęściej dłuższe, kiedy wychodzimy z portu nie wiedząc dokąd i kiedy zawiniemy. Najpiękniejsza żegluga, „pływamy powoli – pośpiechem się brzydząc”. Jest to wspaniałe uczucie, gdy czas nie goni i można płynąć tam, gdzie wiatr poniesie …  totalny luz i odpoczynek, radość z żeglugi …

Jednak najczęściej nie jest tak kolorowo, szczególnie w wyprawach etapowych, gdy określonego dnia i w określonym porcie należy stawić się i zrobić wymianę załóg. Ta sama sytuacja spotyka mnie w trakcie krótkich czarterów, trzeba niestety zatoczyć pętle, najczęściej z dużym zapasem czasu …

I chodć w głowie siedzi rozpisana cała trasa, to nawet w tych sytuacjach wpisywanie portu docelowego jest zabronione. Czasami przydarza się testowanie w rzeczywistości tego prawidła.

W październiku intensywnie, ale na dużym luzie z gronem przyjaciół pływaliśmy wśród wysp Morza Jońskiego. Pewnego dnia pojawił się pomysł na przeskok z Zakinthos do Party na trasie do Kanału Korynckiego, chcieliśmy obejrzeć z bliska największy do niedawna most wantowy na świecie. W sumie jakieś 70 Nm, taki przelocik. Cóż – na naszym kursie wyszła olbrzymia burza i pojawiło się przez chwile pytanie – czy jednak nie zawinąć do pobliskiej Kefalonii. Jednak jacht nowy i duży (Bavaria 51 z 2016 r.), załoga dzielna i wypróbowana, więc bez obaw poszliśmy dalej. Takich nieustających opadów deszczu jakie po chwili zapanowały i trwały przez kilkanaście godzin nie miałem nigdy. Wiatr 6-7 w bajdewindzie, przy w miarę spokojnym morzu (3-4). Zlało nas niemiłosiernie, całe szczęście deszcz i wiatr był ciepły. Po kilkunastu godzinach halsowania zdecydowaliśmy, że nie będziemy się szarpać kolejnych 20 kilku mil i przycupniemy na noc w marinie u wejścia do kanału – Mesolongi. Kiedy uzupełniałem kapitańskie wpisy w dzienniku – odkryłem przyczynę całej sytuacji ;-) Ktoś nadgorliwie wpisał w dziennik jako port docelowy Patrę i jeszcze dodatkowo dopisał na codziennej rozpisce wacht. Wszystko stało się jasne. Cóż – nie obyło się bez podlewanych przeprosin – a następnego dnia już spokojnie w kilka godzin dokończyliśmy naszą trasę. Jak tylko wyszliśmy z portu – ulewę jakby nożem ucięło.

W drugiej sytuacji zachowałem głupio się sam – chyba zadowolony z wykonanych tras na poprzednich rejsach w tym roku. Niedźwiedzie Mięso na trasie Gdynia – Tallinn. Statystyka wskazywała na zdecydowaną przewagę korzystnych wiatrów. Więc gdzieś snuliśmy rozważania – co to się nie uda zrobić. Nie tylko Tallinn, ale jeszcze po drodze fińskie szkiery i może Helsinki. Jak się skończyło – pewnie wiecie. Po 3 dniach walki potężny sztorm zagnał nas do łotewskiej Lipawy. I tyle było podbojów. Trzeba było kolejny raz pochylić głowę przed żywiołem i w porcie wznieść puchar „za ocalenie”. Tu jednak przypadek może nie być do końca klarowny. Ponieważ miałem na pokładzie dwóch takich ancymonów, Jacka i Krzyśka, którzy w trakcie się przyznali, że generalnie w czasie ostatnich swoich rejsów zazwyczaj nie dochodzą ;-) . Więc to mogło być też główną przyczyną naszego niepowodzenia.

Z ostateczną oceną się jednak wstrzymam, bo bardzo chcą płynąc ze nami/mną w przyszłym roku w ramach Arktyki 2017 wzdłuż Lofotów, a to jedne z pierwszych etapów wyprawy. Dopłyniemy do Spitsbergenu? ;-)

Facebook
Tweet
Google