Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Po racuchy do Longyearbyen 04 Sierpień 2017

Nie udało się usnąć. Nie mam tej łatwości spania na zawołanie. Rozregulowałem się niestety. Całe szczęście wszystkie największe wyzwania za nami, więc już nie muszę mieć zapasu sił. Wiem, wiem, dopóki jacht w morzu to jeszcze różnie bywa … ale tym razem nie przesadzajmy. No więc zamiast spać siedzę sobie w kokpicie i gadamy. Zamarzyły się nam racuchy, a do nich potrzebne są jabłka. Ich brak, a najbliższy sklep jest Longier. Płyniemy.

No i tak to właśnie jest. Człowiek zaplanował sobie coś, a tu pech. Paweł znalazł po drodze wypłycenie, no i musieliśmy stanąć na łowienie. 3 godziny wystarczyło, aby kokpit pełen był ryb. Mi trafił się największy okaz. A ponieważ morze było bardzo spokojne wyciągnęliśmy gitarę i rozpaliliśmy na pokładzie grilla, na którym wyładowały świeże filety z ryb. Tym samym opóźnił się nasz powrót do Longyearbyen.

Nic nie zatrzyma jednak głodnego człowieka, który ma na coś ochotę ;-) Tym samym około godziny 13 dotarliśmy do Isfjorden, z którego wypływaliśmy dwa tygodnie temu. Zaczęliśmy płynąć po swoich śladach, a o godzinie 20:30 dobiliśmy do naszego portu, z którego startowaliśmy. Tym samym zamknęliśmy naszą wielką pętle dookoła Spitsbergenu przemierzając niemal 900 mil morskich.

Stało się to o czym marzyłem, został zrealizowany przygotowywany od roku plan. Przyszło do mnie takie ludzkie, proste poczucie sukcesu. Organizacja całej wyprawy, włożona przeze mnie olbrzymia ilość czasu i energii, prowadzenie wcześniejszych etapów, wszystko to zostało właśnie uwieńczone. Nie przyszedłem na gotowe, zapracowałem na każdą mile tego rejsu, wiem - sukces ma wielu ojców - ale mi on smakował wyjątkowo. Dużo by na ten temat pisać, ale nie miejsce na to, dość, że poczułem dużą satysfakcję, a że pierwszy raz od początku rejsu weszliśmy w zasięg sieci komórkowej odebrałem ileś telefonów z gratulacjami. Nie przypisuje sobie cudzych zasług, zespół składał się z 3 osób, o tym po zakończeniu całej wyprawy, ale mój etap to moje dziecko.

Ale dość o mnie - miało być o racuchach. Na nie niestety będę musiał poczekać, sklep już był zamknięty. Ale warto było po nie jechać. Całe szczęście otwarty jest jeszcze przez chwile pub, a w nim pyszne spitsbergeńskie piwo, produkowane w miejscowym browarze. Wypije zatem i Wasze zdrowie - wypije za tych co na lądzie, bo Ci na morzu sobie poradzą ;-)

Facebook
Tweet
Google