Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

ARKTYKA

miłość od pierwszego wejrzenia ...

NA ŻAGLACH

na kraniec świata

PASJA ŻYCIA
cenniejsza niż trzos ...

Mój pierwszy rejs  zmienił całkowicie patrzenie na morze, to że zobaczyłem ląd od strony wody to jedno, ale ważniejsze było, że poczułem nieograniczoną niczym przestrzeń.

A gdy powiał wiatr, który wypełnił żagle przepadłem całkiem. Wszystkie inne pasje poszły na bok, moje plany związały się na trwałe z morzami i oceanami.

Posmakowałem również chłodu. Żeglowanie po morzach zimnych, wśród gór lodowych, wielorybów, fok i morsów bywa niebezpieczne, gdyż urok lodowych krain, bezkresne, bezludne przestrzenie mogą urzec na całe życie ...

Czasem jednak z porównywalną przyjemnością przemierzam ciepłe wody, gdzie wsród licznych zatoczek, wysp, klimatycznych portów i marin życie powoli się sączy ...

Dziękuje Rodzinie oraz moim Przyjaciołom z wypraw, bez Was to wszystko nie byłoby możliwe ...

Takie nagrody nie otrzymuje się często. Dwa lata temu nawet nie mógłby o tym marzyć. Ale jednak czasami niemożliwe staje się rzeczywistością i konsekwencja, praca, planowanie i realizacja zostają docenione. Jest to dla mnie powodem wielkiej radości, dumy i motorem do coraz cięższej pracy w realizacji żeglarskich pasji. Znalezienie się w gronie tylu sław żeglarskiego świata jest nobilitacją, ale i wezwaniem do kolejnych działań.

Być może dla wielu łączenie słów pasja z pracą, planowaniem jest złym połączeniem, jednak nie dla mnie. W maju 2016 r. w gronie 3 osób z Fundacji 4 Kontynenty rozpoczęliśmy wielki projekt Arktyka 2017. Zorganizowanie wieloetapowej wyprawy na dwóch jachtach z Polski na północne krańce świata wymagało od nas włożenia bardzo duzego wysiłku, czasu i pracy. Mariusz Noworól, Marek Kapołka i ja - wzięliśmy na siebie ciężar organizacji całości. Dla mnie, poza przygotowaniem od strony logostycznej, organizacyjnej i informacyjnej wyprawy, przypadło prowadzenie kilku rejsów, w tym najważniejszej  - 17 dniowej wyprawy po Arktycznej Krainie.

Z góry założyłem, że celem będzie okrążenie Spitsbergenu. Dobrałem świetną załogę, przygotowałem najlepiej wszystko co mogłem i na początku lipca 2017 r, wylądowałem w Longyearbyen, aby zmierzyć się w jednej z trudniejszych prób. Założony cel wyznaczał sposób realizacji:

 

https://zagle.se.pl/wydarzenia/nagrody-rejs-roku-za-2017-rok-znamy-laureatow-aa-NWJ6-J3XC-HJDd.html

 

Facebook
Tweet
Google

W dniu 31 grudnia 2017 r. został ogłoszony werdykt jury w konkursie Ministra Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Jako kapitan rejsu dookoła Spitsbergenu uzyskałem honorowe wyróżnienie za zamknięcie na jachcie Sifu of Avon koła wokół Spitsbergenu w wyjątkowo trudnych warunkach obfitego zalodzenia.

Szczegółową informację o wynikach konkursu oraz wszystkich jego zwycięzcach podał między innymi Portal Morski. Artykuł o tym można znaleźć pod podanym linkiem

Facebook
Tweet
Google

Środowy poranek nie zapowiadał tak intensywnego przedłużonego weekendu. Jeden telefon wszystko jednak wywrócił. Problem na pokładzie wracającego z Arktyki jachtu wyprawy 4K spowodował, że podjąłem szybko decyzję - pojadę do Danii i przeprowadzę jacht przez trudny nawigacyjnie akwen w stronę Polski. Sprawa o tyle była utrudniona, że meteo ze względu na huragan Maria nie przynosiło nic ciekawego, czas naglił, a cały mój żeglarski sprzęt, w tym 3 sztormiaki, był na pokładzie Azimuta w Lizbonie. Cóż, trzeba być twardym jak stonka, a nie miękkim jak kaczuszka ;-) Problem sam się nie rozwiążę.

Po całonocnej samochodowej jeździe wylądowałem rankiem w miasteczku Grenna. Tam oczekiwało Bystrze z zaprzyjaźnioną na poprzednich rejsach 2 osobową załogą oraz bardzo paskudna pogoda. Po godzinie cumy zostały oddane i rozpoczął się wyścig z czasem i warunkami. Zaczęło się mocno. Wyjście z główek portu pod silny wiatr oraz przewalającą się przez falochrony falę zgromadziło gapiów. Wszystko poszło jednak sprawnie, na pełnych obrotach silnika rozpędzony jacht rzucany góra - dół przebił się na otwarte morze i ruszyliśmy na żaglach na południe. Trasa wymuszała jak najbardziej ostry kurs pod wiatr i falę i pomimo tego, że jacht nadal tańczył we wszystkie strony, a pokład raz po raz zalewany był wodą - szło nam nieźle. Do momentu kiedy zrobiło się ciasno, brakło miejsca na halsówkę, a kolejny odcinek wynosił 3 mile. Niby mało, ale jeśli przez wyostrzenie prędkość spadała do 1 węzła - robił się problem. Ze względu na brak jakichkolwiek alternatyw musieliśmy zacisnąć zęby i przy zachodzącym słońcu przebić się do routy i szerszych wód.

Zaczynaliśmy wchodzić w cieśninę Wielki Bełt licząc na ochronę przynajmniej przed falą. Jednak stan morza nie uspokajał się wcale. Tak więc umordowani, gdzieś o 3 w nocy przycumowaliśmy w porcie Kalundborg. Meteo, w tym sprawdzane w lokalnym SAR nakazywało dobowy postój i przeczekanie nadchodzącej kipieli. Dostaliśmy więc czas na odpoczynek, wysuszenie mokrych rzeczy oraz zwiedzanie miasteczka, które jak każde duńskie miasto posiadło swój urok pięknych ceglanych kamienic, zadbanych ulic i lokalnych zabytków.

Na bieżąco sprawdzałem meteo i wychodziło z niego, że w niedzielę rano, gdzieś koło godziny 8 wiatr osłabnie i odwróci się na korzystny. Do poniedziałku, kiedy kilkunastogodzinna cisza zmieni się ponownie w południowy sztorm. Dlatego o 6 rano wystartowaliśmy i rozpoczęliśmy wyścig z czasem i dystansem, aby dopłynąć jak najdalej. I rzeczywiści - prognoza okazała się bardzo precyzyjna. Wiatr obrócił się w jednej chwilii, a my na pełnych żaglach z prędkością ok. 7 węzłów ganliśmy wodami Wielkiego Bełtu na południe, mijając wokół piękne miejsca oraz mosty.

Zachód słońca zastał nas na błyskawicznym postoju w Stubbekobing, gdzie musieliśmy dotankować paliwo. Zostało nam do pokonania 70 mil, już po otwartym w stronę Rugii, z narastającym z każdą godziną wiatrem. IMGW prognozowało wiatry 6-8 B z kierunków południowych. Zaczęła się nocna jazda, chciałem jak najszybciej dostać się w ochronę brzegu. I tym razem wszystko udało się znakomicie, z prędkością 7 węzłów z każdą godziną zbliżaliśmy się do przeciwległego brzegu, który osiągnęliśmy około 3 w nocy. Pozostał przed nami najtrudniejszy nawigacyjnie akwen, bardzo ciasne, 20 milowe podejście kanałami do Stralsundu.

Trasa ta ma swoją sławę. Jest bardzo wąskim, pokręconym kanałem pomiędzy mieliznami o głębokościach nawet 0.5 m. Weszliśmy jednak, przy dość silnym wietrze oraz w totalnych ciemnościach. Ploter, komendy na ster, ciągła kontrola głębokości, poszukiwanie latarką nieoświetlonych pław, poprawki, kolejne punkty, dalej i dalej. Zaczęło się nam to coraz bardziej podobać i po kolejnych zakrętach obawa malała. Jako ekipa dobrze sobie radziliśmy i uzupełnialiśmy się nawzajem.  Gdzieś koło godziny 5 wpłynęliśmy do mariny w samym centrum Stralsundu. 24 godziny niezłej jazdy, w trakcie której zrobiliśmy niemal 140 mil.

Nagroda? Pomost, wstające słońce, które doświetliło zabytkową cześć miasta , no i 2 godzinny odpoczynek. I poczucie dobrze wykonanej pracy. Tuż przed południem, wsród ulewnego deszczu opuściłem gościnny pokład Bystrze i korzystając z uprzejmości znajomych samochodem ruszyłem do Polski.

Facebook
Tweet
Google

Z Sardynii na Baleary w towarzystwie pawia

14 Wrzesień 2017 ŻEGLARSTWO

W sobotę 9 września w malowniczym Alghero na Sardynii na Azimut pojawiła się ekipa III etapu. 11 osób, a więc komplet. Słoneczna zazwyczaj wyspa zasnuta była ciężkimi chmurami i zgodnie z wcześniejszymi prognozami mocny mistral wypełnił ten obszar Morza Śródziemnego sztormami. Na zewnątrz wszędzie kipiel z 6 metrowymi falami, nawet w porcie istniała obawa, że nasz ciężki jacht pourywa muringi. Załoga chcąc zobaczyć jak wyglada rzeczywiście stan morza wybrała się na wycieczkę na pobliski cypel i zrozumiała ostatecznie dlaczego przesunąłem planowaną datę wyjścia z portu o dobę. Był więc czas na samochodowe zwiedzanie wyspy oraz dla mnie na przygotowanie jachtu na ciężką podróż oraz poznawanie kolejnych tajników Azimuta. 

Napięty harmonogram całej wyprawy sprawił, że w wtorek popołudniu wyszliśmy mając przed sobą 190 mil do pierwszej z wysp Balearów - Menorki.

Pierwsze 24 h były rzeczywiście bardzo ciężkie, morze tylko trochę zdażyło się uspokoić zalewając raz po raz pokład 4 metrowymi, idącymi prostopadle do prawej burty falami. Choroba morska przeszła przez jacht zbierając imponujące żniwo. Ocaleni ratowali chorujących i dzielnie podążali dalej na zachód. W nagrodę otrzymaliśmy przepiękne, pełne gwiazd niebo oraz wschodzący księżyc.

Dzień przywitał nas juz na środku morza i warunki z każdą godziną się poprawiały, tak więc do wieczora przywróceni do życia zostali niemal wszyscy. Poszukiwaliśmy delfinów oraz innych jednostek, ale morze było zupełnie puste.

Kiedy przed nami ukryło się już zachodzące słońce zostało nam jeszcze około 30 mil. Podążaliśmy do portu Mahón, pierwszego hiszpańskiego miejsca naszej wyprawy. 

U wejścia do zatoki napotkaliśmy dryfujący ze defektem silnika jacht, który wzięliśmy na hol i zaciągnęliśmy go w głąb do kolejnej mariny. A my sami, po niemal godzinnym poszukiwaniu miejsca zaparkowaliśmy w rejonie starego miasta, na zaczepionym do dna niewielkim pomoście, będącym namiastką lądu, na tyle jednak wystarczającym, że mogłem po raz kolejny już raz wznieść toast za cudowne ocalenie.

Wokół nas rozpościerała się rozświetlona licznymi lampami panorama domków, zabytkowych kamienic, palm, jednak te atrakcje pozostaną nam na ranek. Teraz należało się wyspać oraz wypocząć.

Facebook
Tweet
Google